poniedziałek, 27 października 2014

Small town, creepy town - 8. Stary dom nad jeziorem


Czy to nie zabawne, że Key wymarzył sobie spektakularną śmierć i taką właśnie dostał? Pewnie nie jest to aż tak zabawne, lecz zawiera w sobie nieco czarnego humoru. Może nawet swego rodzaju ironię.

Znaleziono go ukrzyżowanego na drzwiach kościoła. W oczy wbito mu piękne, krwiste róże. A może zabarwiła je krew? Niejeden fanatyk sztuki mógłby uznać go za pięknego, za prawdziwe arcydzieło. Piękny chłopak ukrzyżowany i cierpiący za grzechy innych? Ach, kto by się zagłębiał w interpretację. W końcu co artysta to nowa wizja. Jednak jaki zamysł miał twórca? Nad tym zastanawiała się sama policja, która tylko dzięki dokumentom znalezionym przy ciele była w stanie zidentyfikować chłopaka. Poza kwiatami w oczach,  wycięto mu piękny, długi uśmiech rodem ściągnięty z Jokera, bohatera w Batmanie.

- To makabryczne… - wyszeptała młoda kobieta, pracownica FBI. Spojrzała ze smutkiem na chłopaka, kiedy tego pakowano ostrożnie do czarnego worka po ściągnięciu z drzwi kościoła. Pozostała cześć ekipy odganiała gapiów, którzy niczym sępy zebrały się, aby chapnąć chociaż kęsy mięska, jakiś newsów do plotkowania na straganach czy popołudniowej herbatce. Nikt nie odpowiedział na jej zażalenia. Wykonywali swoją pracę w milczeniu. Może dla uczczenia śmierci młodego chłopaka, albo po prostu ze zmęczenia życiem i ilością morderstw znajomych im ludzi? W końcu każdy tutaj o każdym słyszał. Byli niczym wielka rodzina, w której kolejne osoby padały niczym muchy. Zabite przez wielką, niewidzialną i nieuchwytną łapkę na owady.

- Zawieście ciało do kostnicy – polecił stary policjant, w rękach trzymając torbę z dowodami, a w niej dokumenty chłopaka. – Bills, chodźmy porozmawiać z rodziną – zaproponował, ale już po dwóch godzinach siedzieli z powrotem w biurze czekając na jakiekolwiek wiadomości od patologa. W tym czasie sporządzali raport, z którego i tak niewiele wynikało.

- Podsumowując.. – zaczął starszy członek FBI, zerkając na to co wspólnie napisali. – Rodzina myślała, że ofiara jest u swojego przyjaciela, Lee Taemina. Jednak po rozmowie z tym dzieciakiem okazało się, że ten o niczym nie wie. Potem więcej nie dało się z niego wyciągnąć – dodał z lekkim żalem, jednak rozumiał. Ciężko było dowiedzieć się czegoś od osób pogrążonych w żałobie. Nawet na dobre nie zdążył przetrawić wiadomości o śmierci najlepszego przyjaciela, podczas gdy już go wypytują o wszystko, wzbudzając tym samym bolesne w takich momentach wspomnienia. – Wróciliśmy do matki, a ta wspomniała o dziewczynie z która ofiara się umawiała. Ta też nie wiedziała co Kim Kibum robił tamtego wieczoru, kiedy powinien być u Lee Taemina. – czytał na wpół z kartki, na wpół z pamięci. Szef policji przytakiwał mu, próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Jakąś niespójność. Jednak wszystko w tych morderstwach nie miało sensu. – Dodając wszystko do siebie, nie wiemy nic o wydarzeniach sprzed ostatnich dwudziestu czterech godzin. – westchnął ciężko mężczyzna z szelestem zamykając raport w papierowej teczce. W tym samym momencie po biurze rozniosło się donośne pukanie a po chwili przez szparę w drzwiach wyjrzała głowa młodej recepcjonistki.

- Ktoś chciał się z panami spotkać – kobieta weszła do środka, kiedy dostała gestem dłoni zezwolenie. Zaraz za nią pojawiła się dziewczyna, która dane było dwójce mężczyzn spotkać wcześniej. Recepcjonistka skłoniła się delikatnie zostawiając ich samych.

- W czym możemy ci pomóc? – zapytał starszy mężczyzna, przechylając się delikatnie do przodu, wskazując krzesło przed biurkiem na którym Danielle mogłaby usiąść. Ta skinęła w podzięce zajmując miejsce przed mężczyznami.

- Chciałam się do czegoś przyznać – zaczęła miętosząc w dłoniach skrawek dużej bluzy. Miała delikatnie czerwone oczy od płaczu. Może i nie była z Kibumem parą, ale był jej najlepszym przyjacielem. – Nie byłam z panami do końca szczera, jednak chce, aby to co powiem nie doszło do uszu mojej matki czy ludzi ze szkoły – zaczęła patrząc szczerymi, dużymi oczami na funkcjonariuszy.

- Oczywiście, nic nie wyjście poza ten pokój – o ile nie ma zbyt wielkiego znaczenia dla sprawy, ale to już dodał w myślach. Danielle pokiwała głową, biorąc głębszy wdech. Pierwszy raz miała się przed kimś do tego przyznać. Pomimo że Key już nie żył to nadal jej zależało, aby nie zepsuć jego dobrego imienia i ludzie nie zaczęli źle o nim mówić.

- Sądzą panowie, że ja i Kibum byliśmy parą, ale prawda jest taka, że nigdy nic między nami nie było. Udawaliśmy parę dla świętego spokoju – nie wiedziała jak inaczej to ująć, aby nikogo nie urazić. Mężczyźni spojrzeli po sobie. Nie komentowali póki co, ale po ich minach było widać konsternację najnowszą wiadomością. – Bo ja… wolę jednak swoją płeć, tak samo Kibum – uśmiechnęła się nieco niepewnie.

- Czyli chcesz powiedzieć, że udawaliście, tak? A czy w jego życiu był ktoś wyjątkowy? – dopytał agent FBI, patrząc uważnie na dziewczynę, która pokiwała gorliwie głowa, ale po chwili się zatrzymała. Wiedziała, że Key nie chciał się ujawniać, ale nie była pewna jak jest z Jonghyunem.

- Podejrzewam, że tamtego nocy byli razem – zacięła się z otwartymi ustami i słowem, które uwięzło w krtani. Nastała chwila ciszy, po której Danielle złapała za kartkę oraz długopis, podsuwając je pod nos mężczyzną. – To jego adres. Nazywa się Kim Jonghyun – uśmiechnęła się nieco wymuszenie, znowu łapiąc za dół bluzy, miętosząc ją mocno. Została jeszcze kilka minut odpowiadając na każde zadane pytanie, chociaż nie mogła wiele pomóc. Niemniej dzięki tej niespodziewanej wiadomości, przed policjantami klarował się jakiś sensowny obraz a nieznane losy ofiary zaczęły nabierać kształtu.

Niedługo później stali pod domem domniemanego partnera Kibuma. Otworzyła im starsza kobieta z kurzymi łapkami wokół oczu i zmęczeniem wypisanym na twarzy. Spojrzała na nich sceptycznie, wycierając ręce ubrudzone mąką w fartuch.

- W czym mogę pomóc? – zapytała delikatnym, dziewczęcym głosikiem, który nijak nie pasował do tak postawnej starszej kobiety, chociaż nie była ona najwyższa.

- Pani Kim, prawda?- dopytał komendant, a kiedy ta kiwnęła głową od razu kontynuował – Chcielibyśmy porozmawiać z pani synem – Kobieta westchnęła cicho, dotykając bladego polika. Pokręciła z rezygnacją głową.

- Nie wiem czy wam się uda. Zamknął się w swoim pokoju i nie chce z nikim rozmawiać – słychać było w jej głosie niepokój i zmartwienie o zdrowie fizyczne i psychiczne syna. – Z panami pewnie też nie zamieni nawet słowa – dodała patrząc przepraszająco na dwójkę mężczyzn. Zza pleców kobiety słychać było skrzypienie schodów. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę. Jong stał na samym dole, trzymając się poręczy. Miał na sobie dużą, czarną bluzę z naciągniętym na głowę kapturem. Spod niego było widać nieład włosów, a oczy miał podkrążone i czerwone od płaczu. Chłopak podszedł do matki, dotykając jej ramienia odsuwając delikatnie od drzwi. Próbował przy tym obdarzyć ją uśmiechem. Niezwykle wymuszonym, słabym ale zawsze był to uśmiech.

- Porozmawiajmy na zewnątrz – poprosił ochrypłym głosem, gestem dłoni prosząc dwójkę mężczyzn o odsunięcie się. Jong zamknął za sobą drzwi wejściowe, odchodząc kawałek, aby rodzicielka nie usłyszała ich rozmowy. – Wiem czemu tutaj jesteście. Czekałem, aż się skądś dowiedzie. Sam nawet chciałem się do was przejść – mówił wszystko tak beznamiętnym głosem, patrząc się pustym wzrokiem przed siebie, że policjanci sami zaczęli się o niego martwić. Jednak czy to nie normalne, że człowiek, który stracił ukochaną osobę staje się jedynie swoim marnym cieniem?

- Byłeś z nim ostatniej nocy nim… - nie dokończył nie wiedząc jak odpowiednio ubrać to co myślał w słowa. Jong kiwnął głową, obejmując się samemu ramionami. Wziął głębszy wdech, aby się uspokoić i bez drżenia głosu opowiedzieć o tamtym wieczorze, pomijając oczywiście dokładne opisy tego co robili.

- Powiedział, abym odstawił go pod dom, chociaż nigdy tego nie robiłem. Mimo to uznałem to za lepszą opcję, niż miałby się przechadzać po mieście… - zaciął się na chwilę, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy. O ile wcześniej Bills podejrzewał tego chłopaka, tak kiedy go zobaczył i usłyszał jak mówił o ofierze stało się jasne, że nie mógł tego zrobić – Gdybym tylko poczekał, aż wejdzie do domu. Gdybym poczekał to pewnie Kibum by żył – Jong zacisnął mocno pięści. Miał ochotę w coś przywalić. Najchętniej sklonowałby się tylko po to, aby nakopać sobie samemu.

- Czy tamtej nocy zachowywał się jakoś niepokojąco? – policjant zadał standardowe pytanie, a Jonghyun od razu pokręcił głową, lecz po chwili zastanowił się nad tym dokładniej.

- Jeśli się nad tym zastanowić to było coś co mnie zaniepokoiło. Był dziwnie smutny, kiedy go odwoziłem i przy pożegnaniu cały czas powtarzał, że mnie.. kocha – przy końcu zdania głos mu się załamał. Jong zagryzł mocno zęby na wargę, chowając dłonie do kieszeni bluzy, aby dwaj mężczyźni przed nim nie widzieli jak te mu drżą. Starszy mężczyzna poklepał chłopaka opiekuńczo po plecach. Kilka razy rozmawiał z Jonghyunem na większych imprezach czy grillach, dlatego martwił się o chłopaka i za razem był zdziwiony, że ten miał kochanka. Nigdy nie przemknęło mu przez myśl, iż ta dwójka może być razem. I pewnie o to im chodziło. Zachować wszystko w sekrecie przed całym światem. – Proszę, złapcie tego kto… kto go zabił i ukarzcie – wyszeptał cicho Jonghyun kuląc się jeszcze mocniej.

- Obiecujemy, że go znajdziemy… Dziękujemy ci za rozmowę – Bills pożegnał się uprzejmie, ciągnąc za sobą współpracownika. Nie powinien składać takich obietnic, lecz nie mógł patrzeć na jego cierpienie w tych wielkich, brązowych oczach.

***

- Jedno mnie zastanawia – zaczął stary przyjaciel miejscowego policjanta, kiedy wracali na posterunek. Mężczyzna co chwila się z kimś witał. Spojrzał jednak w końcu pytająco na tymczasowego współpracownika. – Wielu tutaj Azjatów – wydusił swoje spostrzeżenie, rozglądając się dookoła. Co szósta osoba w miasteczku była azjatyckiego pochodzenia. To za razem niewiele, ale i sporo jak na takie niewielkie miasteczko.

- To prawda. Też mnie to zastanawiało – użył czasu przeszłego chcąc w ten sposób zaznaczyć, że w pewien sposób okrył tą niewielką zagadkę lub po prostu przestało go to z czasem interesować. Niestety Bills był zbyt ciekawski i musiał wiedzieć czym to jest spowodowane, a jego partner w zespole doskonale o tym wiedział. – To miasteczko ma swoją legendę. Wiesz jak to bywa, że każda taka opowieść ma w sobie ziarenko prawdy… - przeciągał specjalnie widząc zdenerwowanie na twarzy drugiego mężczyzny, czym się wręcz napawał i czuł chorą satysfakcję.

- Przejdź do rzeczy – poprosił uprzejmym głosem, lecz nieznoszącym sprzeciwu. Szef policji zaśmiał się pogodnie, zerkając w niebo.

- Nie pamiętam dokładnie słowo w słowo, ale legenda opowiadała o statku, który podczas pierwszej wojny światowej rozbił się gdzieś w tutejszych okolicach. W tamtych czasach ten teren był niezamieszkały, a wszystko przez nieurodzajną glebę – w co trudno byłoby teraz uwierzyć biorąc pod uwagę bujną zieleń i pola uprawne. – Okręt przewoził uchodźców z Azji. Przez długi czas włóczyli się próbując przeżyć a za razem nie szukali schronienia w dużych miastach. Lękali się żołnierzy. W końcu byli to ludzie w większości nieznający języka. Po długiej tułaczce na tym pustkowiu znaleźli jezioro, a przy nim stary dom. Wydawało się, że jest opuszczony, więc postanowili się tam zatrzymać. Wtedy pojawiła się kobieta równie stara co jej domostwo. Zapytała ich o cel podróży, wtedy z tłumu wyłonił się młody chłopak, który chociaż trochę znał język – mężczyzna opowiadał z wielkim zapałem. Czasami czytał synowi do snu, więc miał w tym wprawę. Z resztą kochał legendy, zwłaszcza te zawierające w sobie magię. – Kobieta po usłyszeniu ich historii zaproponowała pomoc. Wskazała miejsce idealne na stworzenie miasta. Legenda mówiła, że powstało ono w siedem dni i sześć nocy. Staruszka zapytana czego chce w zamian za pomoc odparła, że niewiele. Po prostu, aby zostali w tym mieści na zawsze, nigdy go nie opuszczali i kochali bezgranicznie. I oczywiście jak to w takich opowieściach pisało, że kobieta była wiedźmą a tymi słowami przeklęła miasto. Każdy, kto chciał kiedykolwiek wyjechał, kończył zamordowany w dzikim szale przez resztą miasteczka. Odbywały się oficjalne egzekucję takich ludzi z udziałem ich własnej rodziny, który dopingowała i domagała się skrócenia własnego syna o głowę. Koszmarne, prawda? – dopytał, chociaż raczej nie oczekiwał odpowiedzi. Chciał po prostu w jakiś sposób zakończyć tą dość długa opowieść w czasie której zdążyli dojść pod posterunek policji. – Jednak to tylko legenda, chociaż prawdą jest, że większość przodków tych ludzi pochodzi ze statku, który rozbił się kilkanaście lat temu. – wzruszył ramionami witając się skinieniem głowy z młodą dziewczyną na recepcji.

***

Minho przywitał się z matka Taemina, która otworzyła mu drzwi. Od razu wbiegł na górę gdzie czekał na niego młodszy chłopak. Siedział zawinięty w koc, spod którego wystawały jedynie jego jasne, zgrabne i nagie nogi. Siedział oparty o ścianę wzrok wlepiając w ekran przed sobą. Choi westchnął cicho. Był już wtorek, ale Tae nadal niechętnie wychodził z łóżka. I nie chciał się też z nikim spotykać, jednak Minho miał mu coś fascynującego do powiedzenia. Mimo to najpierw usiadł przy nim, przytulił i zdjął koc z głowy tylko po to, aby pocałować go w czoło. Chłopak z początku nie chciał nikogo widzieć, ale kiedy Choi wziął go w swoje ramiona od razu poczuł się lepiej. Oparł się o masywny tors partnera, zerkając na niego z ukosa.

- Nie wiem czy chcesz rozmawiać o Kibumie.. – zaczął, a Taemin od razu pokręcił głową, otulając się mocniej kocem podkulając nogi. – Ale dowiedziałem się z kim tak naprawdę się spotykał – liczył, że tym zaciekawi młodszego chłopaka. Dla niego samego było to wielkie zaskoczenie ale i było mu żal Jonghyuna. Wiedział, że znajomy jest bardzo zrozpaczony. Zobaczył to w jego oczach dzisiejszego popołudnia.

- Z kim? – zapytał słodkim głosem, w którym było słychać pierwszy raz od wielu godzin jakiekolwiek pozytywne emocje. Choi uśmiechnął się na tą oznakę pobudzenia w chłopaku targając go zaczepnie po włosach.

- Z Jonghyunem – wydusił to w końcu z siebie, a młodszy chłopak kiwnął powoli głową zamykając się na chwilę we własnych myślach. Minho pozwolił mu na to wiedząc, że potrzebuje takich chwili. Tae od dawna podejrzewał, iż przyjaciel miał kogoś. Niemniej Jonghyun był dla niego sporym zaskoczeniem.

- Naprawdę… - mruknął bardziej do siebie niż do kochanka. Nastała między nimi chwila ciszy, którą przerywał jedynie grający telewizor. Taemin odszukał dłoni kochanka, splatając z nim palce. Minho głaskał go delikatnie, opierając brodę o czubek głowy niższego chłopaka.

- Zostałem z tobą, Minnie – wyszeptał cicho w jego włosy.

- Co mówiłeś? – dopytał nie słysząc za pierwszym razem. Minho uśmiechnął się niewinnie, zupełnie jakby te słowa nie padły z jego ust.

- Ja? Nic – zapewnił go ze szczerym uśmiechem targając po poplątanych włosach. Taemin wywrócił oczami, ale skradł mu pocałunek nim wrócił do oglądania serialu.

***

Młodszy chłopak rzucił starszego kochanka na łóżko. Rozluzował krawat, patrząc prowokująco w oczy partnera. Luhan oddychał ciężko, podpierając się na łokciach. Nogi rozchylił delikatnie przygryzając dolną wargę. Sehun zabrał go dzisiejszego dnia spod pracy i wspólnie pojechali do domu starszego mężczyzny gdzie nie miało być nikogo tego wieczora. Oh zrzucił na podłogę marynarkę rzucając się na kochanka.

- Ach! P-przestań! – poprosił piskliwym, błagalnym głosem śmiejąc się w niebogłosy, kiedy młodszy chłopak łaskotał go po najbardziej wyczulonych miejscach. W końcu po długim boju LuHanowi udało się przewrócić partnera i usiąść na jego udach tym samym przyszpilając go do łóżka. Blondyn oddychał ciężko wykończony śmiechem i błaganiem o litość. Jego oczy się śmiały, chociaż nadal kryła się w nich żałoba. Chwilę patrzyli na siebie nim ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Sehun znowu górował nad partnerem.

- Kocham cię – wyszeptał w jego wargi nim ułożył się obok niego. Całował go delikatnie po karku, dłonią głaszcząc po brzuchu. Lu czuł jak się odpręża a wszystkie stresy i troski ostatnich dni po prostu znikają. Dość ciężko przyszło mu otworzenie oczu. Spojrzał rozleniwionym wzrokiem na młodszego chłopaka.

- Ja ciebie też, Hunnie – odpowiedział z czułością w głosie. Sehun nie zaprzestawał relaksujących pieszczot, które usypiały mężczyznę. Kiedy LuHan był już na granicy snu usłyszał cichy szept tuż przy uchu.

- Wyjedź stąd ze mną – poprosił cicho z nadzieją w głosie Oh. Już kilka razy o tym rozmawiali. Zwykle odpowiedź była taka same, ale Sehun nadal żył nadzieją i liczył, że te wszystkie morderstwa sprawią, iż ukochany zmieni zdanie.- Proszę.. – dodał głosem smutnego dziecka, które nie dostaje swojego cukierka. Jednak jeśli Lu by się wsłuchał lepiej usłyszałby desperację. Tak wielką jak u człowieka na krawędzi przepaści. Człowieka, który wie, że niewiele mu już pozostało w życiu.

- Nie. Nie chce o tym nawet słyszeć – uciął krótko LuHan przewracając się na drugi bok. Sehun zacisnął usta w wąską linię czym prędzej wstając z łóżka. Starszy mężczyzna zaalarmowany zniknięciem ciepła partnera koło siebie poderwał się do siadu. Chciał coś powiedzieć, ale widok wściekłego kochanka zatrzymał wszystkie słowa w krtani.

- Świetnie! To zgnij tutaj nie osiągając niczego w życiu! Pracuj do końca swojego marnego życia w ratuszu jako sekretareczka. – wypluł z obrazą. Nie do zawodu jaki wykonywał chłopak, jednak czuł niechęć do niego bierności. Wiedział, że LuHan ma marzenia. Wielkie marzenia, które może spełnić jedynie w większym mieście. Gdziekolwiek indziej, tylko nie tutaj. Mimo to uparcie chciał tkwić w tym miejscu. – Mam tego serdecznie dość! – krzyknął na odchodne. Zgarnął z ziemi swoją marynarkę, nie przejmując się już krawatem, który nadal leżał na podłodze.

- Oczywiście. Wyjdź jak tchórz! – warknął za nim LuHan wyglądając za okno. Sehun nawet nie obejrzał się za chłopakiem idąc szybkim tempem w stronę swojego domu. Ciemne chmury zbierały się już nad niebem. Gdzieś na skraju domów przebijały ostatnie promienie słońca. Oh przeszedł szybkim tempem jakieś dwie przecznice nim zwolnił. Uspokoił nieco oddech nim obejrzał się za siebie. Żałował tej kłótni, lecz nie było już sensu o tym myśleć. Zacisnął mocniej palce na marynarce. Wieczory były już chłodne, więc na ciele chłopaka pojawiła się gęsia skórka. Zignorował ją skręcając w kolejną ulicę dochodząc do swojego domu w którym pogaszone były wszystkie światła. Przeszedł przez furtkę omijając drzwi wejściowe. Pokierował się na tył posesji. Przeskoczył sprawnie przez siatkę idąc wydeptaną drogą. Potrzebował się nieco uspokoić. Niedaleko jego domu stała stara buda a w niej pięcioletni pies. Kundel jak się patrzyło na oko. Wyglądem można było go pomylić z husky. Sehun przysiadł koło psa, który widząc go od razu podbiegł bliżej chcąc się przywitać. Futrzak należał do niego, lecz nie mógł go trzymać w domu, bo mama była uczulona na psy. Oh nie był pewien ile przesiedział w lesie, ale w końcu zaczęło padać. Deszcz uderzał o liście tworząc piękną symfonie natury.

***

LuHan nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Kręcił się po całym domu. Zrobił sobie herbatę, kolację i włączył jakiś film. Ostatecznie postanowił położyć się do łóżka. Było po pierwszej, kiedy jego telefon zawibrował. Po omacku odszukał urządzenia z trudem unosząc głowę. Zmarszczył się, kiedy jasne światło uderzyło w niego. Kilka sekund zajęło nim się przyzwyczaił. Jedna wiadomość. Od Sehuna. Treść krótka i rzeczowa. Jednak Lu nie chciał mu odpisywać. Nadal był na niego zły. Rzucił telefon na łóżko, ukrywając się cały pod kołdrą. Ekran rzucał światło na sufit, oświetlając pokój.

Przepraszam. Kocham cię.”

***

Młody agent FBI westchnął cicho sprawdzając godzinę na swoim elektronicznym, podświetlanym zegarku. Było po drugiej. Normalnie leżałby już w łóżku zamiast brudzić swoje skórzane buty w kałużach na chodniku. Niefortunnie wylosował dzisiejszego dnia krótszą słomkę i musiał iść na partol z szefem policji. Nie miał nic do tego staruszka, ale był typem człowieka kochającego sen.

- Nie przejmuj się, niedługo będziesz mógł wrócić do motelu i się zdrzemnąć – zapewnił go starszy mężczyzna, kiedy skręcali w kolejną ulicę. Ulice rozświetlały latarnie, a tam gdzie nie sięgały dumnie zastępował je księżyc górujący nad drzewami pobliskiego lasu. Kierowali się właśnie na przedmieścia. Ostatnie kółko i wrócą do centrum zmieniając się z innymi. Młody chłopak kiwnął głową, próbował przy tym przybrać na usta uśmiech, lecz szło mu kiepsko. – Och… - wydusił z siebie szef policji, kiedy przed sobą zobaczył zgarbioną postać o lasce i z psem na smyczy u nogi. – Dość późna pora na spacer. Tym bardziej biorąc pod uwagę godzinę policyjną – zagadał komendant, kiedy stanęli przed staruszkiem. Gnom zaśmiał się zakłopotany zerkając na psa. Agent FBI również na niego zerknął. Młody pies. Na oko może sześcioletnia mieszanka husky.

- Proszę mi wybaczyć. Ta bestia uciekła mi z podwórka biegnąc za wiewiórką. Dopiero udało mi się go dogonić i przywołać do siebie – próbował się wytłumaczyć Gnom. Policjant kiwnął głowa na znak, że rozumie.

- Niech pan na siebie uważa w drodze powrotnej – poprosił mężczyzna przepuszczając staruszka. Gnom ukłonił się delikatnie, mijając dwójkę funkcjonariuszy.

- Oczywiście, miłego wieczora – dodał na odchodne, ciągnąc za sobą szczęśliwego pupila. Szef policji obserwował jak ten kieruje się w stronę swojego starego, zrujnowanego przez czas domu niedaleko jeziora.

- Proszę pana? – z letargu wyrwał go młody agent FBI. Najwidoczniej zamyślił się na zbyt długo. Na pewno na tyle, aby Gnom zniknął z jego pola widzenia.

- Dziwne. Nie wiedziałem, że ma psa – dodał do siebie pod nosem. Za chwilę jednak odgonił tą niepotrzebną informację wracając do patrolowania ulicy.

***

Blondyn jęknął, kiedy dzwonek budzika nie dawał mu spokoju. Był czwartek i znowu musiał iść do pracy. Pracy, która nie była szczytem jego marzeń. Nie była nawet w pierwszej dziesiątce. Może Sehun miał rację i powinien pomyśleć nad czymś innym? Niemniej nie był za opuszczaniem miasteczka. Lubił je. Było jego domem, chociaż ostatnio mniej spokojnym niż dawniej. Jednak skoro jego chłopakowi tak zależało, to może by spróbował? Jakiś mały wyjazd na tydzień czy dwa nigdy nikogo nie zabił. Na wspomnienie o Sehunie od razu sięgnął po telefon. Żadnej nowej wiadomości, lecz czego oczekiwał? W końcu Oh nie był osobą, która spamuje innych. Do tego on nie odpisał na smsa. Szybko wystukał kilka słów i kliknął wyślij. Wiedział, że niedługo ta sprzeczka pójdzie w niepamięć, dlatego z lekkim sercem zabrał się za szykowanie do pracy. Wyszedł przed ósmą nadal nie dostając wiadomości zwrotnej, więc napisał jeszcze jedną. Od razu napisał chłopakowi o pomyśle wyjazdu na małe wakacje licząc, że to wywoła jakiś odzew. Mijał właśnie tłum ludzi i aut. Zwolnił na chwilę, próbując coś dojrzeć przez głowy innych. Pakowano czarny worek na nosidło. Luhan wysłał kolejną wiadomość, ale wzrok miał skierowany na ciało w worku. Drgnął nerwowo, kiedy rozbrzmiał znajomy dzwonek przychodzącego smsa. Łzy stanęły mu momentalnie w oczach. Pobiegł czym prędzej przez tłum. Nie wiedział jak minął policjanta i trafił przed ludzi niosących worek. W ostatniej chwili, nim rozsunął czarny materiał, został złapany i odciągnięty. To był Sehun. Te dwa metry dalej leżał jego telefon z dzwonkiem, który sam mu nagrał. Poznawał swój głos lecący z urządzenia. Rosły mężczyzna odciągnął go, pomimo że próbował mu się wyrwać. Ostatni raz pragnął spojrzeć na ukochanego. Chciał go przytulić, przeprosić za to, że nigdy go nie słuchał. Może jakby się zgodził chociaż z nim porozmawiać nie byłoby tej kłótni. Sehun zostałby u niego. Sehun by żył
_______________________________________________________________________________________________________

Tym razem doczekaliście się wcześniej rozdziału niż poprzednio. I pewnie kolejny będzie jeszcze szybciej, bo zostałam uziemiona w domu na najbliższe 7 dni z gipsem na nogę. Ale plus tego jest taki, że będę miała dużo czasu na pisanie :3

Do końca zostały już tylko dwa rozdziały i epilog, który zapewne wszystko wyjaśni. Przy następnym rozdziale zapytam się was o paring do oneshota lub wystawię ankietę.