niedziela, 22 lutego 2015

[2] Unnatural

 Witamy w Sauk Centre

Światła samochodowych reflektorów odbiły się od tablicy głoszącej Witamy w Sauk Centre. Zaczęły wyłaniać się pierwsze domy na przedmieściach. W końcu mieliśmy wrócić do domu po ponad pięciu miesiącach jeżdżenia. Nie mogłem się doczekać, kiedy nareszcie wejdę do swojego pokoju, gdzie ściany oklejone były plakatami z filmów, gier i wszystkiego, co zebrałem jako dzieciak. Do tego położę się we własnej pościeli i spojrzę na znajomy sufit.

Choi skręcił w mniejszą alejkę zatrzymując się na tyłach starego budynku, który niegdyś pełnił funkcję ratusza. Obecnie znajdował się w nim sklep a wyżej nasze mieszkanie, które mieściło się w zepsutej wieży zegarowej. Minho zgasił silnik, wychodząc od razu aby otworzyć bagażnik. Ja sam spojrzałem do tyłu na pogrążonego w śnie chłopaka. Kibum, tak? Miałem do niego mieszane uczucia ale cieszyłem się, że wyciągnąłem do niego pomocną dłoń. Trochę żałowałem, że nie mogę wejść do jego głowy czy przewidzieć naszej przyszłości z nim, lecz czasami trzeba iść na żywioł.

- Ej, a ty gdzie? – warknąłem w stronę Minho. Liczyłem, że mi pomoże ale ten spojrzał jedynie na mnie, potem na chłopaka z tyłu jeepa, po czym zarzucił swoją torbę na ramię obojętnie wchodząc po starych, metalowych schodach. – Dupek… - mruknąłem pod nosem. Nie musiał nawet nic mówić abym wiedział, co wyszłoby przez jego usta. – Ty go wziąłeś z drogi więc się nim zajmuj – przedrzeźniałem przyjaciela wychodząc z auta, aby wyciągnąć z bagażnika swoją torbę. Ten kretyn mógł przynajmniej ją ze sobą zabrać ale po co pomagać najlepszemu kumplowi, prawda? Najlepiej mieć wszystko w dupie! Z gniewem trzasnąłem drzwiami bagażnika, lecz mimo to nie zbudziłem Kibuma. Najwyżej będę szedł na dwa razy. Może i miałem silne ramiona, lecz nie dam rady wnieść chłopaka i pakunku na piąte piętro. Zostawiłem zatem torbę przy aucie, otwierając cicho tylne drzwi. Skrzypiały niemiłosiernie. W wolnej chwili będę musiał znowu otworzyć staruszkowi maskę. Przez te ostatnie miesiące było niewiele czasu chociażby na sen, a co dopiero na zajmowanie się tak trywialnymi rzeczami jak kosmetyka samochodu.  – Kibum… - potrząsnąłem delikatnie ramieniem dzieciaka, chociaż chyba nie powinienem go tak nazywać. Trudno było ocenić jego wiek przez krew i brud. Chłopak mruknął pod nosem. Liczyłem, że jeśli go obudzę to uniknę latania w tą i z powrotem. Dopiero za drugim szturchnięciem chłopak uchylił powieki. Trwało to może sekundę, lecz uśmiech, który ozdobił jego twarz wywarł mi się w pamięci na zawsze. Czułem, że po plecach przeszedł mnie dreszcz strachu. Ten grymas miał w sobie coś niepokojącego a chłód i szaleństwo w oczach przyprawiłoby niejednego dzieciaka o koszmary. Jak mówiłem, trwało to może sekundę, kiedy chłopak zamknął powieki i makabryczny uśmiech zniknął. Stałem sparaliżowany, nie wiedząc co uczynić. Kibum pokręcił się chwilę nim otworzył oczy. Wyglądał na nieprzytomnego i ospałego. Przetarł dłońmi twarz unosząc się z półleżącej pozycji.

- Jonghyun? – zapytał, a jego głos sprowadził mnie w końcu na ziemię. Nie chciałem roztrząsać w pamięci zdarzenia sprzed chwili. Może tylko mi się wydawało? Tak, to na pewno to. W końcu nie spałem od dwóch dni.

- Jesteśmy na miejscu – zakomunikowałem, starając się, aby mój głos nie drżał. Pamiętaj, Jong, to tylko ci się wydawało. – Idziesz? – zapytałem zarzucając torbę na ramię. Kibum pokiwał głową nieco niezdarnie gramoląc się z auta. Otulił się mocniej kocem, kiedy jego gołe stopy dotknęły ziemi. Może powinienem go jednak wziąć na ręce, by nie poranił delikatnej skóry stóp, kiedy będzie wchodził po metalowych, nie do końca bezpiecznych, schodach? Jednak nawet nie skrzywił się podczas pokonywania kolejnych stopni. W końcu po wielu pokonanych piętrach stanęliśmy przed starymi, ciężkimi drzwiami. Otworzyłem je przed Kibumem wpuszczając go przodem. Chłopak czekał na mnie, rozglądając się zaciekawiony dookoła, chociaż w mroku panującym w mieszkaniu niewiele mu dane było zobaczyć. – Chodź ze mną. Trzeba ci dać coś na zmianę – poleciłem mu, a ten posłusznie szedł krok za mną. Z przedpokoju weszliśmy do przestronnego pomieszczenia i omal nie zderzyłem się ze wściekłym Minho. Nawet nie musiałem pytać o co chodzi. Domyślałem się, co było powodem jego złości, no i pewnie za chwilę usłyszę co obudziło w nim wściekłego byka.

- Nie ma go w naszym pokoju, rozumiesz to? Jego kurtka i buty są w mieszkaniu ale ona sam się przeniósł! – Choi wyrzucał z siebie słowa niczym armata. Słowa przepełnione żalem, smutkiem i złością. Rozumiałem jak się czuje ale za razem uważałem, że reaguje zbyt emocjonalnie. Wiedziałem też, że zaraz zacznie szukać swojego byłego współlokatora, a co za tym pójdzie - obudzi resztę mieszkańców. Poza naszą dwójką dom znalazło tutaj jeszcze niemal siedmioro innych mutantów. Nie chciałbym, aby w środku nocy zobaczyli Kibuma całego we krwi. To wywołałoby niepotrzebną panikę, dlatego dla dobra wszystkich musiałem uspokoić Minho.

- Wdech i wydech, Minho – poleciłem mu, łapiąc mocno za ramię. Widziałem, że się krzywi ale zrobił, co karzę. Patrząc na niego dojrzałem, że wpatruje się w Kibuma. Chyba doszedł do podobnego wniosku co ja. – Idźmy na razie spać. Jutro zrobisz awanturę na cały dom, dobrze? – dopytałem chcąc mieć jego słowo. Niechętnie przystał na taki bieg wypadków. Stałem póki Minho nie zniknął w swoim pokoju. Dopiero wtedy poczłapałem do swoich czterech ścian, czując cały czas za sobą Kibuma. Może to wina nocy ale jakoś niepokoiło mnie to, że ten podąża za mną czyniąc mnie bezbronnym. To wszystko przez te kilka sekund, które nigdy nie musiały się wydarzyć. Zabawne jak mózg jest podatny na strach. – Rozgość się – poleciłem, otwierając przed nim ciemnoniebieskie drzwi pomieszczenia. Rzuciłem torbę pod łóżko i od razu podszedłem do szafy. Nie włączałem światła umiejąc nawet na ślepo poruszać się po własnym pokoju. Wyciągnąłem pierwszą lepszą koszulkę oraz spodnie dresowe na sznurek. Pewnie moje rzeczy będą za duże na Kibuma, lecz nie będę w środku nocy szukać odpowiednich rozmiarowo ubrań. Wręczyłem mu ciuchy kierując go do łazienki. Musiał zmyć z siebie tą całą krew. Mieszkały tutaj też dzieciaki i przeraziły by się jego widokiem. Zacząłem rozpakowywać część rzeczy z torby, kiedy drzwi zaskrzypiały, a do środka wszedł z powrotem brunet. W świetle mogłem mu się dokładniej przyjrzeć. Był młody ale pewnie nie tak, jak myślałem. Zwykle miałem problem z odgadnięciem wieku innych. – Zajmij moje łóżko – poleciłem mu, wskazując na materac pod oknem. W pomieszczeniu zmieściłoby się jeszcze jedno posłanie  bo jako jedyny nie miałem współlokatora.

- Nie trzeba! Mogę spać na podłodze – powiedział czym prędzej. Jednak jak mogłem mu pozwolić spać na zimnej wykładzinie, kiedy tyle przeszedł? W porównaniu do Minho żałowałem innych ludzi, nawet tych, których znałem kilka godzin. Złapałem go za ramię, lecz ten się wyszarpnął. Widać nie lubił dotyku. Muszę to zapamiętać na przyszłość. W końcu po dość sporych trudach udało mi się go namówić na spanie w łóżku, podczas gdy sam poszedłem ułożyć się na kanapie w salonie, który był nijako przejściem do wszystkich pokoi, więc pewnie nie będzie mi dane długo spać, kiedy pierwsi mieszkańcy zaczną wychodzić ze swoich nor.

***

Wiatr przyjemnie owiewał moją twarz w ten słoneczny dzień. Spojrzałem w górę na bezchmurne niebo. Z zamyślenia wyrwał mnie wielki pies, który skoczył na mnie by się z nim pobawić. Zaśmiałem się radośnie, kiedy szorstkim językiem zaczął lizać moją twarz. Z niemałym trudem odsunąłem od siebie zwierzaka. Spojrzałem na radosną mordkę psa, którego nazwałem Boy. Wiem, oryginalne, ale jestem tylko dzieciakiem, więc nie oczekujcie ode mnie zbyt wielkiej inwencji twórczej! Wygramoliłem się spod wielkiego cielska psa i rzuciłem mu piłkę, którą przyniósł w pysku. Istnie sielski krajobraz. Kocham swój dom na przedmieściach. Mam tutaj pełno przyjaciół z sąsiedztwa oraz rodzinę. Mój starszy brat wyjechał na studia, więc trochę mi go brakuje, jednak czasami z ojcem chodzę pograć w pobliskim parku.

- Boy! – krzyknąłem, kiedy pies długo nie wracał. Rozejrzałem się zaniepokojony i dostrzegłem go za sobą na końcu ulicy. Stał, wpatrując się w górę. Cień zaczął padać na okolicę, a ja spojrzałem zaciekawiony na niebo. Nieboskłon zaczęła pokrywać czerwień. Niesamowity widok, lecz poczułem, że jest w tym coś niepokojącego. Ziemia pod moimi stopami zadrżała a z góry strzelił piorun. Błyskawica uderzyła pół metra ode mnie. Zacząłem biec przed siebie w stronę psa. Patrzył na mnie smutnymi oczami, a ja czułem, że tracę grunt pod nogami. Zacząłem spadać. Chciałem krzyczeć, lecz nie potrafiłem. Zamknąłem oczy, szykując się na śmierć.

Usłyszałem szczekanie, więc czym prędzej rozwarłem powieki. Pies stał przede mną. Wyglądał na zmartwionego z uszami położonymi wzdłuż głowy. Wciąż ciężko oddychałem rozglądając się dookoła. Słońce świeciło dawnym blaskiem, a ziemia pod stopami była twarda. Zaśmiałem się, przeczesując spoconymi dłońmi włosy.

- Jonghyun… - usłyszałem głos matki. Odwróciłem się do niej szczęśliwy, chcąc ją uściskać. Czy to jakiś żart? Patrzyłem właśnie na lufę pistoletu wycelowaną wprost między moje oczy. Mama była smutna. Płakała, a jej dłonie drżały lecz mimo to nie opuściła broni, kiedy prosiłem ją, by przestała sobie żartować. – Jonghyun… - wypowiedziała po raz kolejny moje imię nim pociągnęła za spust broni.

Zerwałem się do siadu łapiąc się za koszulkę na wysokości serca. Kolejny koszmar. Podobny do wszystkich poprzednich jakie miałem. Mimo, że minęło ponad dziesięć lat, nadal nie potrafiłem pogodzić się z przeszłością. Niby to ona czyni z nas tych, którymi jesteśmy, lecz czasem dobrze by było zapomnieć o przykrych wspomnieniach, prawda? Niestety, to nie jest takie łatwe. Można wypierać rzeczywistość lecz zawsze pozostanie ona niezmienna.

- Jonghyun~! – drgnąłem, wyrwany ze swojego świata. Zbyt często zdarzało mi się utonąć we własnym myślach. Spojrzałem w lewo na nawołującego. Oparty o kanapę stał młody blondwłosy chłopak, z delikatnym uśmiechem zdobiącym usta. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ten objął mnie wokół szyi. – Cieszę się, że wróciłeś – wyszeptał cicho, a ja poczułem ciepło na sercu. Ci ludzie od dawna byli dla mnie niczym rodzina. Nie ze wszystkimi znałem się długo, lecz byliśmy wszyscy zżyci. – Czemu śpisz na kanapie? – zapytał zaciekawiony, kiedy w końcu się ode mnie odsunął, ponownie podpierając ramiona o oparcie kanapy.

- To długa historia – zaśmiałem się, bo nie byłem teraz w nastroju na opowiadanie wszystkiego. I tak będę musiał im przedstawić Kibuma dlatego wolałem to zrobić, kiedy będą wszyscy, by nie powtarzać kilka razy tej samej historii. Blondyn kiwnął głową, a między nami nastała chwila ciszy.

- Jong, czy… - urwał w połowie, ale ja nie potrzebowałem dalszego ciągu zdania, by wiedzieć o co chce zapytać chłopak. Przytaknąłem, a na usta blondyna wszedł grymas niezadowolenia czy nawet złości. Nie dziwiłem mu się, ale rozumiałem obie strony konfliktu. Spojrzeliśmy w bok słysząc skrzypienie zawiasów w drzwiach. No to się zacznie cyrk. Do salonu wszedł Minho. Nadal zaspany z potarganymi włosami. Niemniej, sen zniknął z jego twarzy, kiedy zobaczył, kto mi towarzyszy.

- Taemin! – krzyknął zaskoczony, szczęśliwy i zły. Aż się sobie dziwiłem, że potrafię tak wiele emocji wyczytać z twarzy Minho lecz co się dziwić, skoro znamy się ponad dziesięć lat? Blondyn zaklął pod nosem i nim Choi zdążył cokolwiek uczynić, Tae zniknął w wyrwie wymiarowej, które tworzył na zawołanie. Pomagały mu one przemieszczać się po okolicy. Nadal nie umiał w pełni panować nad tą mocą, więc mógł przenosić się w miejsce oddalone o co najwyżej pięć kilometrów. Kiedyś mi tłumaczył jak tworzy te wyrwy i wybiera miejsca do których chce się przenieść, lecz mówił o tym kiedy byłem pijany, więc naprawdę niewiele pamiętam z tamtej nocy. – Czemu go nie zatrzymałeś?! – rozgoryczenie Minho znalazło sobie nowy cel, którym byłem ja. Jednak nie przejmowałem się jego wybuchem złości. Był chwilowy i niegroźny. Widziałem go kilka razy naprawdę wkurzonego i uwierzcie - obecna sytuacja nie była niczym specjalnym.

- Koleś, to twój chłopak, więc nie mieszaj mnie do tego. Ty nie sprzątasz mojego bałaganu a ja twojego – burknąłem, nawiązując do jego pomocy w nocy, kiedy to nie wyraził najmniejszej chęci współpracy. Mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, że lepsi z nas wrogowie niż przyjaciele, jednak kiedy dochodzi co do czego, to wtedy wiem, że mogę na niego liczyć, a on na mnie. Choi odszedł bluźniąc na cały świat. Najbardziej pewnie obwiniał siebie. W końcu ze swoją mocą zatrzymywania czasu mógł go powstrzymać lecz kiedy chodziło o Taemina, to Minho był w gorącej wodzie kąpany. Wstałem z kanapy. Była ósma rano, więc spałem może cztery godziny. Mimo to wiedziałem, że nie dane mi będzie już zmrużyć oka. Przerzuciłem więc koc złożony w kostkę przez oparcie i poszedłem do swojego pokoju, aby zabrać kilka ciuchów. Wezmę szybki, zimny prysznic. Może chociaż to pomoże mi się obudzić.

Po wejściu do pokoju z ciemnoniebieskimi drzwiami widzę łóżko, które było puste. Ogarnęła mnie panika, która odeszła niczym ręką odjąć, bo znalazłem mojego gościa przy oknie. Minąłem szafę stając przy jego boku. Z okna po tej stronie było widać ludzi na ulicach. Wieża, w której mieszkaliśmy, była najwyższym punktem w tym miasteczku. Oboje milczeliśmy. Kibum był wpatrzony w miasto budzące się do życia, natomiast ja wlepiłem wzrok w jego profil. Chociaż nie okazywał tego, wydawało mi się, że jego oczy iskrzą.

- Pewnie masz wiele pytań – w końcu zabrał głos a ja nie spuściłem wzroku, nawet wtedy, kiedy skierował spojrzenie swoich kocich oczu na mnie. Owszem, miałem mnóstwo pytań, lecz wydawało mi się, że nie uzyskam na wiele z nich odpowiedzi.

- To może poczekać – odparłem zgodnie z prawdą. Wielu z nas ma nieciekawą przeszłość, lecz nigdy nie próbowaliśmy wyciągać z siebie informacji. Jeśli Kibum tego zapragnie, wtedy wszystko mi wyjawi. Chociaż pewnie Minho będzie naciskał, by dowiedzieć się o tym chłopaku jak najwięcej. Na szczęście póki co jego głowę zaprząta Taemin.

***

Na razie udało mi się go unikać, lecz nie będę mógł uciekać wiecznie. Cały dzień włóczyłem się po okolicy, byleby tylko przypadkiem mnie nie odnalazł. To była lekka przesada i sam o tym wiedziałem. Jednak co mogłem poradzić? Nie byłem w stanie stanąć z nim twarzą w twarz. Nie panowałbym nad sobą. Mógłbym się poryczeć, pobić go albo wpaść w histerie. Wróciłem do swojego pokoju, który od kilku miesięcy dzieliłem z nijakim Onew. Dobry był z niego gość i nieupierdliwy współlokator. Nawet nie pytał o co chodzi, kiedy któregoś dnia przyszedłem do niego ze swoimi rzeczami. Nie wiedziałem, co będzie teraz. Tak wiele razy myślałem o tej chwili, lecz kiedy nadeszła - nie czuje się ani trochę gotowy. Rozejrzałem się po pokoju, siadając z ciężkim westchnieniem na łóżku. Zdjąłem szybkim gestem bluzę, zostając w bokserce. Czułem, jak mnie swędzi pod skórą na plecach. Próbowałem sięgnąć dłonią, aby się podrapać i chociaż szorowałem paznokciami po ciele, nic nie było w stanie pomóc.  Jedynie pogłębiałem szramy na łopatkach.

- Pomóc ci? – usłyszałem za sobą dobrze mi znany, nieco ochrypły głos. Wciąż tak samo ciepły jak wtedy, kiedy o poranku przynosił mi kakao do łóżka. Ciało chciało instynktownie uciekać, jednak umysł je powstrzymał. Opuściłem dłonie, zaciskając ręce na prześcieradle. Nie powiedziałem nic, słysząc kroki. Podszedł bliżej. Czułem go za sobą. – Minnie, wiem, że jesteś na mnie zły – zły? Dobre sobie. Jestem wkurwiony jak jeszcze nigdy w życiu. Jak on śmiał… miałem ochotę przywalić mu w tą przystojną gębę. Mimo to, nie odezwałem się nawet słowem ciekaw, co jeszcze odkrywczego wyjdzie z jego ust. – Ale pozwól sobie pomóc, dobrze? Proszę… – ach, brzmiał tak żałośnie. Nie musiałem się odwracać, by wyobrazić sobie jego skruszoną minę i te wielkie, żabie oczy, które w tym momencie miałem ochotę mu wyłupać. Jednak, zamiast tego, zdjąłem bokserkę. Z cichym sykiem wytężyłem zmysły a skóra na moich plecach pękła, wyłaniając czarne, lśniące skrzydła. Strużka krwi pociekła w dół skóry, ale Minho zatrzymał ją dłonią. Czując znowu jego chłodnie dłonie poczułem dreszcz. – Nie czyściłeś ich, prawda? – dopytał, lecz było to oczywiste, że nie mogłem tego zrobić sam. Częścią piór byłem w stanie samemu się zająć ale nie mam kości z gumy, by sięgnąć głębiej. Musiałem niestety je czyścić. Były częścią mojego ciała i tak jak kąpałem się codziennie, tak samo powinienem dbać o te okropne skrzydła. Inaczej skóra zaczynała mnie piec od środka.

- Skąd ten pomysł, Sherlocku? – warknąłem ozięble lecz wiedziałem, że to nie zrobi na Minho większego wrażenia. Zniknął na chwilę, by wrócić z mokrą szmatką. Nikomu innemu niż Choi nie pozwalałem ich dotykać. Próbowałem nie raz lecz kiedy ktokolwiek inny chciał mi pomóc, wtedy kończył powalony na podłodze a ja czułem się jeszcze brudniejszy, napiętnowany dotykiem obcych dłoni. Minho był wyjątkowy, co teraz mnie irytowało. Cholerny drań zdawał sobie z tego sprawę. Pewnie tylko czekał, aż go ułaskawię, bo bez niego nie dałbym rady żyć. Marzenie ściętej głowy. Nie po tym co zrobił, jak mnie zranił. Nie dostanie tak szybko wybaczenia. Wróciliśmy do relacji z początku naszej znajomości, kiedy to nie pałałem do niego miłością, ale cholerny drań mnie w sobie w końcu rozkochał.

- Taemin, przepraszam – wyszeptał skruszonym głosem po niemal godzinie ciągłego czyszczenia. Robił to niezwykle skrupulatnie. Na pewno był świadom, że to jedyna chwila w obecnych okolicznościach, kiedy pozwalam mu się zbliżyć. Zawzięcie milczałem bo co miałem powiedzieć? Nie przebaczę mu dzięki kilku pustym słowom. – Minnie, wiesz, że cię kocham… - wyszeptał opierając czoło o mój kark. Och, oczywiście dupku, wiedziałem, że mnie kochasz, ale nie przeszkadzało ci to w złamaniu mi serca, co?

- Skończ lepiej to co zacząłeś – warknąłem na niego tracąc cierpliwość i panowanie nad sobą. Dłonie zaciskałem mocno w pięść, czując jak palce wbijają się w delikatną skórę na rękach. Choi przesunął po raz kolejny wilgotną ścierką po kruczoczarnych skrzydłach. Nazywał mnie przez nie swoim upadłym aniołkiem. Aż mi się rzygać zachciało jak o tym pomyślałem. – Przestań! – warknąłem, czując subtelny pocałunek złożony między łopatkami w przerwie pomiędzy skrzydłami.

- Kocham cię – powtórzył, a ja dosłyszałem desperację w jego głosie. Zaczynałem się łamać czując, że w oczach zbierają mi się łzy. I kolejny pocałunek w tym samym miejscu, kolejny na ranie, którą wydrapałem paznokciami i kolejny…

- Nie… - warknąłem przez zęby starając się, aby mój głos zbytnio nie drżał. Jednak on nie przestawał. Do cholery, powiedziałem, że nie chce, więc skoro mnie kochał, to czemu nie słuchał? Niewystarczająco przez niego wycierpiałem? Nie panując już nad sobą, zamachnąłem się skrzydłem. Wszelkie lżejsze przedmioty w okolicy wzbiły się w powietrze, a Choi spadł na ziemię, odrzucony prawie dwa metry do tyłu. Ostre pióra rozcięły jego polik do krwi. – Powiedziałem NIE! – krzyknąłem wstając czym prędzej. Wyprostowałem skrzydła, których pełna rozpiętość wynosiła niemal pięć metrów. Z gniewną miną musiałem wyglądać inaczej, niż ten roześmiany dzieciak, którego kojarzył Minho. Zmieniłem się w tym czasie, kiedy go nie było i miałem zamiar dać mu to odczuć. – Myślisz, że wrócisz i będzie wszystko w porządku? Powiesz kilka pustych słów i powrócimy do tego co było? – nie panowałem nad tonem własnego głosu, ani słowami płynącymi prosto z serca. W końcu mogłem z siebie wydusić to, co tkwiło we mnie od miesięcy. – Zostawiłeś mnie na pół roku! Zniknąłeś z dnia na dzień. Nie zostawiłeś żadnej wiadomości, nie dałeś żadnej wskazówki. Jednego dnia szepczesz, że mnie kochasz i nie zostawisz, a kolejnego cię nie ma? Przez cztery miesiące nie wiedziałem nawet czy żyjesz! Wiesz, jak się czułem?! Ale w sumie pewnie masz to gdzieś! – nie panowałem już nad sobą, ani łzami, które zaczęły płynąć po polikach wbrew mojej woli. Minho podniósł się z ziemi, idąc w moją stronę z wyciągniętymi dłońmi. Pragnąłem się do niego przytulić, lecz nie chciałem mu od tak wybaczyć. Tym razem przegiął. Czasami znikał na dzień lub dwa ale tym razem to było pięć miesięcy! Niemal pół roku ciągłej niepewności i płaczu po nocach.

- Minnie, ja naprawdę…

- Nie podchodź! – nie dałem mu dokończyć, a kiedy był zbyt blisko, nie zawahałem się przed zamachnięciem skrzydłami. Szatyn zasłonił się ramieniem, przez co powstała na nim spora rana. Raniłem osobę, którą kocham lecz chciałem, aby i on cierpiał. On rozszarpał moje serce dlatego nie miałem skrupułów, aby zrobić mu chociaż jedną ranę. Aby wiedział, że nie będzie łatwo. Wiatr, który powstał zaraz po machnięciu wielkich skrzydeł odrzucił Choi do tyłu. Nie czekałem, aż znowu się podniesie tylko po prostu wybiegłem z pokoju. Wytarłem łzy z polików w drodze do drzwi i zabierając bluzę z krzesła. – Gratulację, znowu cię nienawidzę – wyszeptałem w drzwiach, jednak nie odwróciłem się,  by na niego spojrzeć. Mogłem sobie wyobrazić ból w jego oczach, który był również moim bólem. 
___________________________________________________________________________________________________

Mam dla was tylko złe wieści. Został mi niespełna miesiąc szkoły, a co za tym idzie każdy nauczyciel czegoś oczekuje. Dlatego możliwe, że za tydzień nie będzie rozdziału. Pojawi się... no cóż, nie mogę tego powiedzieć. Może za dwa tygodnie? Proszę was o uzbrojenie się w cierpliwość. Mogłabym napisać coś na przyszły tydzień, lecz możliwe, że rozdział wyszedł po pierwsze kiepskiej jakości, po drugie i tak mam już sporo na głowie. Dlatego dziękuję za waszą wyrozumiałość.