niedziela, 2 listopada 2014

Small town, creepy town - 9. Ognisko


Ubrani na czarno ludzie kroczyli za księdzem w stronę trumny młodego chłopaka. Ciało Kibuma zostało spalone a jego prochy schowane do urny. Pojemnik umieszczono w głębokim grobie i postawiono pomnik na który ludzie właśnie kładli kwiaty. Pojawili się wszyscy jego przyjaciele, znajomi dalsi i bliżsi. Był nawet LuHan, który obecnie przeżywał własną żałobę po śmierci Sehuna. Jednak Oh chciałby tutaj przyjść. Od zawsze dobrze się dogadywać z Key, chociaż nie był z nim wyjątkowo blisko. Zmarły kochanek poświęcał czas głównie jemu, przez co ograniczył inne przyjaźnie. Lu nie chciał do tego doprowadzić, lecz Sehun zapewniał go, że on tego chce. Kochał go. Tak samo jak Jonghyun kochał Kibuma. I nadal kocha.

- Jongie… - Taemin podszedł do mężczyzny, kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić po modlitwie i złożeniu kwiatów oraz zniczy. Młodszy chłopak objął znajomego. Wiedział, że ten tego potrzebuje. Wszyscy współczuli rodzicom Kibuma, Danielle, samemu Tae a tym który najbardziej potrzebował wsparcia i przytulenia był Jong. – Tak bardzo mi przykro – wyszeptał bliski płaczu. Minho stał kawałek dalej, lecz nie zamierzał ingerować. Wiedział, że nikt nie kochał Key bardziej niż ta dwójka. Był nawet nieco zazdrosny o uczucie swojego chłopaka do Kibuma. Chociaż było ono platoniczne.

- Dziękuję, Tae – Jonghyun odwzajemnił uścisk, lecz zaraz odsunął się z delikatnym ale niezwykle słabym uśmiechem. – Trzeba… trzeba nauczyć się żyć bez niego, prawda? – pomimo swoich słów nie było w nich nic z życia czy pewności na lepsze jutro. Jong nie widział póki co swojej przyszłości bez Kibuma. Może wcześniej nie mieli łatwego życia i nie rysowało się ono zbyt kolorowo, ale byli razem. Tylko to się liczyło. Teraz bez ukochanego przy boku brunet nie wiedział co ze sobą zrobić.

***

Jinki właśnie wracał z biura szefa policji. Znowu miał dla nich złe wieści. A raczej ich brak. Żadnych śladów na ciele. Odcisków palców, siniaków czy tkanek obcych. Było czysto. Zbyt czysto jak na działania człowieka. Chyba, że ten działał w ubraniu ochronnym, higienicznym pomieszczeniu niczym w serialu Dexter. Tak to przedstawił policjantom.

Mężczyzna wrócił do swojego tymczasowego miejsca pracy w policyjnej kostnicy. Rzucił teczkę na biurko, zdejmując z siebie fartuch. Westchnął cicho słysząc echo własnych kroków. Spojrzał na ciało, które mu przywieziono poprzedniego dnia. Pusta skorupa. Tym właśnie staje się większość ludzi po śmierci. Zwykłym pokarmem dla robaków.

- Dobra, czas się ciebie pozbyć, mój drogi – wyszeptał do siebie Jinki, zakrywając twarz chłopaka lnianym materiałem. Za dwa dni dostanie pewnie nowe ciało, więc musiał mieć wolny stół. Nic więcej nie dowie się od tego ciała, więc nie było sensu go tutaj trzymać. Do tego rodzina chciała jak najszybciej wyprawić pogrzeb. Dlatego przeniósł zwłoki na przenośny stół wyjeżdżając nim z pomieszczenia. Zaraz obok policji znajdował się zakład pogrzebowy. Tylnym wyjściem przewiózł zwłoki przykrywając je ówcześnie. Nie powinien tutaj nikogo spotkać, lecz w razie czego wolał nie narażać go na widok zszytego i podziurawionego ciała. Zapukał w tylne drzwi zakładu pogrzebowego. Po chwili pojawił się starszy mężczyzna. Uśmiechnął się w dość specyficzny sposób na widok patologa.

- Palimy? – dopytał wskazując dłonią na zwłoki. Jinki przytaknął pozostawiając resztę roboty w jego rękach. On miał teraz trochę wolnego, którym zamierzał się nacieszyć. Wszedł jeszcze do swojego biura zabierając swoje rzeczy, zostawiając jedynie fartuch. Dzień był wyjątkowo pogodny. Niektórzy właśnie wracali z pogrzebu. Mężczyzna wszedł do pobliskiego sklepiku i kupił paczkę papierosów. Z nowym zakupem w kieszeni pokierował się na plac główny miasta lub jak niektórzy woleli je nazywać – do centrum. Usiadł na najbliższej ławce wyjmując paczkę. Od razu wyciągnął jednego papierosa i podpalił. Westchnął z ulgą, kiedy nikotyna wypełniła jego płuca. Jinki spojrzał w górę na bezchmurne niebo. Poczuł czyjąś obecność obok, ale nie oderwał wzroku od nieba.

- Piękny dzień, prawda? – zagadał do staruszka, który przysiadł się do niego. Raz jeszcze zaciągnął się papierosem nim strzepnął popiół i spojrzał na nowego towarzysza. Uśmiechnął się do Gnoma dopiero potem zauważając psa siedzącego przy ławce. – Nowy nabytek? – dopytał wskazując na zwierzę, które zamerdało wesoło ogonem widząc, że ktoś zwrócił na nie uwagę.

- Można tak powiedzieć – przytaknął staruszek klepiąc psa po głowie. – Bestia wymaga sporo uwagi – zaśmiał się pogodnie Gnom. Pies na smyczy ruszył dalej chcąc wrócić do przerwanego spaceru. – Widzisz? Nawet posiedzieć nie da – dodał z rezygnacją ale i rozbawieniem w głosie. Jinki przytaknął z delikatnym grymasem zadowolenia na twarzy. Pomachał na odchodne staruszkowi. Wyjął z paczki jeszcze jednego papierosa ruszając w drogę powrotną do moteliku w którym wynajmował tymczasowo pokój.

***

W miejscowej szkole panowała iście grobowa atmosfera. Ginęli w końcu ich przyjaciele. Ludzie bali się kto będzie następny. To mógł być każdy, a czas uciekał. Każdy z nich widział zależność. Za dwa dni pojawi się nowe ciało i każdy liczył, że nie trafi na niego lub kogoś mu bliskiego. Byli też tacy, którym było to obojętne. To byli ci, którzy już kogoś stracili. Jak na przykład Jong czy LuHan. Sami nie byli  w stanie popełnić samobójstwa, lecz jeśli za dwa dni wypadnie na nich, pewnie nie stawialiby oporu. Pytanie tylko czy inne ofiary go stawiały? Może pogodziły się z tym co je spotka? Nikt tego nie wie i to wszystkich przerażało. Nawet wielcy agencie FBI nic nie wiedzieli. Byli bezradni i równie przerażeni okrucieństwem mordercy.

Kiedy rozbrzmiał ostatni dzwonek, wszyscy czym prędzej rozchodzili się do swoich domów. Minho zaprosił Jonghyuna na wieczór do siebie, aby obejrzeć jakiś film lub pograć na konsoli, którą jakiś czas wcześniej przyniósł mu Taemin. Chłopak nie miał z kim grać w domu, dlatego zabrał ją do Choi. To tam przesiadywali większość czasu.

Kai pobiegł po zajęciach (opuszczając zajęcia klubu sportowego) do ratusza. Chciał zobaczyć jak się trzyma LuHan. Martwił się o chłopaka odkąd dowiedział się o śmierci Sehuna. Niestety nie miał wcześniej czasu wpaść do niego. Amber nie dawała mu ostatnimi czasu spokoju. Jej egoistyczne zachowanie zaczęło go powoli irytować. Dlatego tym razem ją olał, nawet jeśli oznacza to później wielką kłótnię. LuHan był swego czasu mu dość drogi. Nim Sehun i Lu się poznali, Kai był bardzo blisko z blondynem. Można by powiedzieć, że gdyby nie pewne wydarzenia, to on byłby partnerem chłopaka. Sam nie wiedział czy to dobrze, czy też źle, że skończyło się tak a nie inaczej. Lubił Amber, lecz nie kochał jej. Był z nią dla wygody i spokoju.

- Lu… - Kai zatrzymał się na ulicy widząc blondyna wychodzącego z budynku. Oddychał ciężko próbując uspokoić galopujące serce po biegu. Od szkoły do ratusza było około trzech kilometrów a on nie zwolnił nawet na chwilę.

- Jongin, h..hej – Luhan uśmiechnął się słabo. Było widać jak bardzo jest wykończony. Nie czekając, aż Kai podejdzie, sam pokonał dzielący ich dystans. Chwilę na siebie patrzyli. W oczach Lu zbierały się już łzy. Przytulił się do dawnego przyjaciela. Jongin objął go mocno wokół pasa, drugą dłonią głaszcząc po włosach. Nie mówił nic, kiedy chłopak moczył jego koszulę swoimi łzami. Czekał, aż ten się uspokoił. Nie poganiał go i cieszył się bliskością z blondynem. Dawno zapomniał jak ten cudownie pachniał oraz jak miło było go trzymać w swoich ramionach. Nie powinien w takim momencie o tym myśleć, lecz trudno powstrzymać własne serce przed mocnymi uderzeniami ekscytacji. – Wybacz… - wyszeptał odsuwając się. Względnie się uspokoił pociągając jedynie co jakiś czas nosem. – Zmoczyłem ci koszulkę – zaśmiał się słabo, pocierając mokre miejsce chcąc aby to zniknęło. Jongin dalej go trzymał w swoich objęciach.

- Nic się nie stało – odparł chcąc uspokoić znajomego. Lu kiwnął głową kładąc dłonie na torsie młodszego chłopaka. Kai wiedział, że miłość do LuHana przeminęła, lecz pozostało pożądanie. Pragnął posmakować tych pięknych, drobnych malinowych usteczek. Uwielbiał te wielkie sarnie oczy wpatrzone w tym momencie w niego. Niestety był dobrym chłopakiem, a nie skończonym draniem, więc nie mógł wykorzystać słabości Lu. Musiał również uszanować to co go łączyło z Sehunem. – Chcesz pójść na kawę? Wolałbym, abyś nie był teraz sam – wyszeptał zatroskany, głaszcząc go po poliku. Lu zarumienił się delikatnie lub Jonginowi tylko się wydawało.

- Chętnie – przytaknął, odsuwając się od znajomego. Kai złapał go za rękę ciągnąc w stronę pobliskiej kawiarni. W środku zajęli jeden ze stolików w rogu. Zamówili kawę i ciasto na współkę. Nowi klienci wchodzi i wychodzili, a oni siedzieli wspólnie rozmawiając i wspominając przeszłość oraz Sehuna. Jongin próbował pocieszyć znajomego jak tylko mógł. Opowiadał głupie historie, wygłupiał się i robił wszystko byleby wywołać na ustach Lu uśmiech. Z czasem zaczęło mu to wychodzić coraz lepiej. Zaczęło się robić ciemno, więc Kai postanowił odprowadzić chłopaka pod jego mieszkanie. Sam musiał jeszcze skoczyć do Kyungsoo po drodze do własnego domu.

- W razie jakbyś chciał pogadać, masz mój numer – stali pod drzwiami, kiedy Jongin wpisywał jeszcze raz swój numer do telefonu chłopaka. LuHan przypatrywał mu się uważnie z poważną i nieco zatroskaną miną. Kai skupił się całkowicie na telefonie, próbując napisać coś na małych klawiszach.

- Jongin… - wyszeptał cicho imię znajomego. Ten uniósł na niego pytająco wzrok. – Nadal coś do mnie czujesz? – dopytał a chłopak aż na chwilę zaniemówił. W końcu zamknął usta, kiedy nic się nie chciało z nich wydostać. Zapisał numer oddając telefon dawnemu przyjacielowi. Kai uśmiechnął się niepewnie do znajomego. Lu doskonale wiedział co do niego czuł kilka lat temu. Gdyby tylko nie poznał Sehuna z blondynem wszystko wyglądałoby inaczej. Długo nie mógł pogodzić się z tym, że tamta dwójka zakochała się w sobie od pierwszego wejrzenia. Chciał zdobyć LuHana tylko dla siebie, co skończyło się klęską. Oczywiście starszy chłopak się dowiedział o jego uczuciu. Przez to, że Kai nie chciał patrzeć na ich szczęście oddalił się od nich i zaczął chodzić z Amber.

- A jakiej oczekujesz odpowiedzi? – dopytał, chowając dłonie do kieszeni bluzy. Lu uciekał wzrokiem jak tylko mógł. Zagryzł delikatnie wargę czując się źle, że zaczął ten temat. Rozdrapywał dawne rany.

- Nie wiem. Przepraszam, nie powinienem był o to pytać – mówił drżącym głosem zerkając na chłopaka przed sobą chcąc dojrzeć jego reakcję. Jongin zaśmiał się widząc zmieszanie Lu. Podszedł do niego targając po włosach. Niby był starszy, ale czasami zachowywał się i wyglądał jak dzieciak. Starszy mężczyzna uśmiechnął się niepewnie. Lubił Kaia i żałował, że ich kontakt urwał się kilka lat temu. Wiedział też, iż kocha Sehuna nawet teraz i na pewno będzie go kochał jeszcze bardzo długo. Jednak chciał znowu odnaleźć w Jonginie przyjaciela. Mimo to obawiał się, iż ten nadal coś do niego czuje, a nie chciał go skrzywdzić. Znowu.

- Nie przejmuj się tym. W końcu chodzę teraz z Amber – przypomniał mu chcąc go w ten sposób uspokoić. Widać podziałało, bo blondyn przytaknął szybko. – Odpocznij – polecił mu Kai odsuwając się chcąc teraz pójść do D.O i wrócić do domu. Lu wyciągnął dłoń, łapiąc go za rękaw bluzy.

- Dziękuję – blondyn nieco niepewnie złożył na poliku młodszego chłopaka subtelny pocałunek. Kai zagryzł zęby. Przytaknął przybierając na usta szelmowski uśmiech, machając na odchodne znajomemu. W drodze do domu D.O myślał o spotkaniu z Lu. Niemniej, kiedy zobaczył Kyungsoo w ogródku podczas zabawy z Sonią, całkowicie zapomniał o LuHanie.

- Tak się szykujesz do testu? – zakpił z niego, przypominając sobie jak ten zapewniał samego siebie, że będzie się uczył. D.O słysząc głos przyjaciela od razu odwrócił się w stronę drogi. Jego twarz rozjaśniła się a w oczach pojawiły iskierki radości.

- Nie czepiaj się – nadął poliki, podchodząc do Jongina. Stali kawałek od siebie w milczeniu. Kai głaskał psa, który stanął na dwóch łapach przy ogrodzeniu. – Wejdziesz? – dopytał czerwonowłosy, kiedy pies pobiegł w stronę domu. Chłopak przytaknął i wspólnie weszli do ciepłego mieszkania. Matka Kyungsoo przywitała się z przyjacielem syna proponując mu ciepły posiłek i herbatę. Oczywiście Kai uprzejmie podziękował i udał się do pokoju D.O. Dał mu obiecane notatki. Pomógł też na ile mógł w nauce. Czerwonowłosy siedział nad lekcjami a chłopak przyglądał mu się z boku. Nachodziły go różne dziwne myśli. Dzięki nim dochodził do wniosku, że Kyugnsoo jest śliczny. Może nie każdy by go tak nazwał przez te wielkie sowie oczy, lecz on je w nim lubił. Tak łatwo było z nich wyczytać uczucia chłopaka. No i te usta. Piękne, pełne różowiutkie wargi. – Jongin~- z jego myśli wyrwał go dźwięczny głos przyjaciela. – Robi się późno…

- Och, powinienem wracać! – przerwał mu przypominając sobie o godzinie policyjnej. Wolał też nie natknąć się na nikogo na ulicy. D.O wyglądał jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie powstrzymał się i jedynie pokiwał głową. Zszedł wraz z nim na dół. Wtedy z kuchni wyszła gospodyni domu. Widząc ubierającego się Jongina pokręciła głową.

- Kochanie, nigdzie nie wyjdzie już o tej godzinie – powiedziała zatroskanym, lecz stanowczym głosem.

- Ale… - Kai chciał zaprzeczyć, ta jednak uciszył go gestem dłoni.

- Nie chce cię mieć później na sumieniu. Wiesz, co się ostatnio dzieje w mieście – upomniała go w typowo matczyny sposób. W ten sposób Jongin nie miał argumentu. Poza tym jak tutaj się kłócić z taką poczciwą kobietą? Napisał do rodziców, że zostanie u znajomego na noc. Nie musiał pisać u którego. Nocował głównie u D.O.

- Liczę, że użyczysz mi łóżka. Jestem padnięty – Kai wrócił do pokoju znajomego od razu uwalając się na materacu. Kyungsoo wrócił do nauki. Naprawdę mu zależało, aby dobrze wypaść. Założył się w końcu z Jonginem. Jeśli uzyska najlepszą ocenę w klasie, wtedy będzie mógł poprosić o co tylko będzie chciał. Jeszcze nie jest pewien o co poprosi, jednak bardzo chce wygrać.

– Jongin, może chcesz.. – urwał w połowie, kiedy spojrzał na śpiącego przyjaciela. Westchnął z rezygnacją kręcąc głową. Zamknął wszystkie książki, wrzucając je do torby na następny dzień. Zszedł jeszcze na dół, aby wypuścić psa i wziąć szybki prysznic. Nie miał serca budzić znajomego. Wyjął pościel z szafki pod łóżkiem. Przykrył najdelikatniej jak umiał Kaia, samemu kładąc się obok. Przysunął się bliżej chcąc poczuć jego ciepło. Wtulił nos w jego tors. Poczuł jednak obcy zapach. Nie były to jednak perfumy Amber. Ta używała zwykle jakiś mdłych kwiatowych aromatów.

- Zasnąłem?... – po pokoju rozniósł się nieprzytomny głos Jongina. D.O mruknął cicho w odpowiedzi, odsuwając się kawałek. – Nie mam siły wstawać – przetarł twarz dłonią. Zerknął w bok na przyjaciela, który leżał teraz do niego tyłem. – Będzie ci przeszkadzać, jeśli zostanę w ciuchach? – dopytał, samemu przewracając się na bok. Przysunął się bliżej niższego chłopaka. Kyungsoo wstrzymał na chwilę oddech czując jego ciepło za sobą.

- N-nie – wydukał w końcu cicho. Jongin mruknął z aprobatą. Kiedy czerwonowłosy zaczął usypiać poczuł ramie obejmujące go od tyłu i ciepły oddech przy karku. Wbrew pozorom obecność Kaia w takich momentach mu pomagała usnąć, chociaż serce waliło mu w piersi jak szalone.

***

Szeryf nie mógł spać w nocy. Przekręcał się z jednego boku na drugi, aż w końcu jego kochana, lecz gderliwa żona wyrzuciła go z łóżka. Chciał położyć się na kanapie i obejrzeć jakiś wieczorny program, lecz poczuł nieodpartą ochotę na spacer. Przebrał się z piżamy w normalne ciuchy wychodząc na zewnątrz. Z przyzwyczajenia zabrał z szuflady przy drzwiach policyjny pistolet kalibru 38. Wieczór był dość chłodny, lecz niebo bezchmurne. Mężczyzna spojrzał w górę na nieboskłon usiany gwiazdami. Minął go radiowóz patrolujący ulicę. Kierowca widząc swojego szefa nawet go nie zatrzymał. Uznał zapewne, że ten tak jak inni patroluje okolice. Dzisiaj w końcu był ten dzień. Niestety mieli za mało chętnych, a za duży teren do sprawdzenia.

Mężczyzna szedł tam gdzie go nogi prowadzą. Minął centrum, skręcając we wschodnią część miasta. Zwolnił przy budynku szkoły. Znajdowały się dwa punkt edukacji dzieciaków oraz dwa przedszkola. Obecnie mijał budynek szkoły średniej. Większość ofiar chodziła właśnie tutaj. Już miał iść dalej, ale coś go tknęło aby skręcić w okolicę boiska. Po co? Może aby powspominać. Kiedyś sam grał na podobnym. Chciał zostać zawodowym graczem, niestety jak to młodzieńcze marzenie – nie spełniło się. Mimo to mężczyzna nadal kochał chodzić na mecze. Liczył, że kiedyś jego syn będzie grał. Niestety ten woli grać na komputerze. Musi, że zostanie zawodowym graczem, lecz szef policji nie wiedział jak można zarabiać na życie grając w gry komputerowe. Boisko szkolne znajdowało się kawałek od budynku szkoły. Otoczone z trzech stron lasem oraz wysoką siatką. To co zaskoczyło policjanta były zapalone lampy. Nie widać ich z ulicy, ani w domach z okolicy przez drzewa. Mężczyzna sięgnął za plecy wyciągając pistolet. Na palcach podszedł do ogrodzenia. Nieco skrzypiało, lecz nie na tyle głośno, aby zwrócić uwagę ludzi na boisku. Policjant próbował się zakraść i zaskoczyć ich.

- Nie ruszać się! – krzyknął celując w mężczyznę przy stosie drewna ustawionym na środku. – Co do cholery… - wyszeptał odpuszczając broń.

***

Młody chłopak, dopiero zaczynający staż, biegł co sił w nogach do gabinetu swojego szefa. Wbiegł zdyszany do środka, zastając starszego mężczyznę z nogami na biurku i aktami w dłoni.

- Proszę pana… - próbował unormować oddech, aby przekazać wiadomość przełożonemu. – Zn-znaleziono ciało – wyklepał w końcu, a starszy policjant westchnął jedynie. W końcu rzucił akta na biurko, podchodząc do chłopaka.

- Gdzie? – dopytał, lecz nawet nie musiał. Wiedział doskonale dokąd musiał się udać.

- Na boisku przy szkole średniej – odpowiedział z zapałem, który towarzyszy nowym i młodym pracownikom. Taka energia szybko zanika, a praca staje się jedynie kolejnym monotonnym elementem życia.

Szef policji pojechał na miejsce, gdzie była już niemal cała ekipa. Wszedł na boisku, unosząc głowę w górę, aby przyjrzeć się trybunom. Potem rozejrzał się dookoła po swoich podwładnych, którzy robili zdjęcia i zbierali dowody. Mężczyzna podszedł do starego znajomego. Ten stał przed usypanym z drewna, ziemi i wiórów palenisku. Ogień zgasł już dawno, a do sporej wielkości słupa przywiązano dwie osoby. Splecione w uścisku. Desperackim, romantycznym i tragicznym.

- Moja żona uznałaby to za romantyczne. Gdyby była to scena w filmie lub lepiej książce. Wszystko wydaje się bardziej romantyczne, kiedy nie widzi się odpadającej skóry i nie czuje zapachu spalonego ciała. – zagadał Bills, kiedy zauważył przy swoim boku współpracownika. Ten jedynie pokiwał głową w odpowiedzi.

- Wiadomo kim są ofiary? – dopytał starszy mężczyzna, chociaż i tak wiedział kim była ta dwójka złączona w uścisku. Bills machnął ręką na jakaś dziewczynę. Ta od razu przybiegła z torbą na dowody. Agent kiwnął jej głową w podzięce podsuwając dokumentu pod nos znajomego.

- Byun Baekhyun i Park Chanyeol? – próbował rozczytać przez plastikową przezroczystą torebkę w której były legitymację szkolne dwójki chłopaków.
____________________________________________________________________________________________________

Mały dodatek w postaci szybkiego rysunku Kibuma z poprzedniego rozdziału:
!Niedługo pojawi się ankieta z paringiem do one-shota!