niedziela, 7 czerwca 2015

"Nie mów nikomu..." - Część 1



Nie  mów nikomu, o naszym spotkaniu. 

Nigdy nie wiemy co przyniesie nam przyszłość. Może bogactwo, gromadkę dzieci albo wczesną śmierć? Każdy z nas pragnie żyć marzeniami, kiedy jest jeszcze młody.  Często po przekroczeniu pewnej granicy wieku zaczynamy czuć się oszukani przez życie. Jednak nie o tym jest ta historia, a może jednak? Sami postanowicie, czy to co przyniósł los naszym bohaterom jest tym czego powinni oczekiwać od życia, które nijako nie jest sprawiedliwe, gdyż nie rodzimy się równi.

Pozwólcie, że przybliżę wam miejsce w którym skupi się nasza historia. Nie jest to mała wioska, ani wielkie miasto. Wielkościowo było spore, gdyż liczyło sobie kilkanaście kilometrów kwadratowych. Było w nim sporo zieleni, zwłaszcza na obrzeżach, ale również zabudować. W większości dominowały domy jednorodzinne. Nie było tutaj wielkich wieżowców jak w stolicy, lecz w centrum znajdowało się ich kilka. Społeczność dzieliła się na grupy i to nie tylko ze względu na zamożność. Starsi byli do bólu konserwatywni, podczas gdy młodzież ulegała kulturze amerykańskiej, co było idealnie widać chociażby w szkołach. Jak można się domyśleć, istnieją takie popularne dzieciaki, które wszyscy znają z imienia, a opowieści o ich szalonych przygodach krążą po wszystkich w placówce. Istnieją też tacy, co to są wyśmiewani, czy to za sposób bycia lub z powodu niezamożności rodziny. Jednak oto idzie korytarzem chłopak, młody Azjata w azjatyckim miasteczku, którego nazwa nie jest ważne. Nie należy on do żadnej z tej grup. Ma przyjaciół, znajomych, może nawet jakiś wrogów, którzy po cichu mu złorzeczą. Posiada również auto, prezent od surowego lecz kochającego ojca oraz jest w związku, który nie ma większych perspektyw na ślub, a dzieci jedynie w przypadku wpadki. Niemniej jest szczęśliwy ze swoją dziewczyną, chociaż często ostatnimi czasy się kłócą. Ma również psa imieniem Roo, który biega sobie po podwórku jego jednorodzinnego domu na obrzeżach miasta. W wolnej chwili gra na gitarze i komponuje piosenki, lecz  nie wiąże z tym przyszłości. Właściwie nie myśli o niej, jak większość ludzi w jego wieku przeświadczony, że ma jeszcze na to czas. Och, jakże błędne jest jego myślenie, lecz przekona się o tym z czasem, jak każdy z nas.

- Hej, piękna – typowy tekst bruneta do swojej dziewczyny, kiedy wita się z nią przed pierwszymi zajęciami, zwykle łapiąc ją przy szafkach. Kolejny typowo amerykański wymysł – szafki na korytarzach. A może nie? Jednak utarło się takie przekonanie z wszelkich filmów. Dziewczyna przywitała się z brunetem subtelnym i szybkim pocałunkiem w usta. Jego wargi były lekko szorstkie podczas gdy jej oblepione były ciemną szminką, która zostawiła ślad. Zaraz starła ją kciukiem z przepraszającym uśmiechem. – Podjadę dzisiaj nieco później, bo mam… - przerwała mu kręcąc głową, dodając do tego gestu głośne westchnięcie.

- Nie mogę dzisiaj z tobą wyjść. Rodzice nie są zadowoleni z moich wyników, a tak długo, jak mieszkam pod ich dachem, muszę się ich słuchać – warknęłam dziewczyna, wywracając przy okazji oczami. Dla większego dramatyzmu uderzyła drzwiczkami szafki. – Jak ja mam ich dość… - narzekała dalej, podczas gdy jej chłopak jedynie kiwał głową. Nawet jeśli nie słuchał, to szatynka dalej mówiła. W końcu, aby przestała objął ją w pasie i pocałował w czoło.

- Nie przejmuj się tym, piękna. Odrobimy to sobie, kiedy indziej – zapewnił ją, składając pojedyncze pocałunki na różnych częściach jej twarzy, aż w końcu ta się rozchmurzyła. Szli na inne zajęcia, więc wraz z dzwonkiem rozstali się, a brunet dołączył do znajomych pod salą. Kolejno od lewej stali Beakhyun, Tao, którego rodzice dostali lepszą ofertę pracy i przenieśli się z Chin, podobnie jak Kris, który wychował się w Ameryce, ale jego rodzina zatęskniła za krajem swoich przodów czy coś w tym stylu, bo podobnie jak Tao pochodzili oni z Chin. Jednak wracając do osób, potem stał Sehun. Nowo przybyły przywitał się skinieniem głowy, zauważając na końcu korytarza jeszcze kilku znajomych, wśród których był jego najlepszy przyjaciel. Stał w towarzystwie młodszego od siebie o dwa lata chłopaka. Minho, czyli jego druh do kielicha (pijał tylko piwo, ale wszyscy wiedzą o co chodzi) był w dziwnym trójkącie miłosnym. Taemin, dzieciak który przy nim stał, czuł coś do Onew. Faceta, który już się nie uczył i pracował z ojcem młodego. Choi natomiast był po uszy zaduszony w tym dzieciaku, podczas gdy Jinki nie wydawał się zbyt zainteresowany, albo po prostu skrzętnie to ukrywał. Obiło mi się o uszy, że on i Tae spotykali się, dopóki ten nie zaczął pracować dla ojca Taemina. Minho robił dla niego za swego rodzaju pocieszenie, godząc się na to z pełną świadomością. Jednak czy człowiek zakochany może być racjonalny?

Zwykle po lekcjach wracał do domu, pograł trochę czy to na gitarze, czy komputerze. Poudawał, że się uczy, wymieniając smsy ze znajomymi i dziewczyną. Jadł obiad z rodzicami, a wieczorami jechał po swoją lubą, by wspólnie wybrać się na spacer, do kina czy w inne ustronne miejsce. Czasami pieszo, czasami autem. Niestety plany się zmieniły, niemniej noc była tak przyjemna, że postanowił wsiąść za kierownicę i pojechał w znane tylko jemu, jego dziewczynie i najbliższym znajomym miejsce. Trzeba najpierw było wyjechać z miasteczka, skręcić w pewnym momencie w lewo na leśną drogę, aż dojechało się do polany. W takie wieczory jak ten, lubił leżeć na masce auta i oglądać gwiazdy. Zwykle czynił to ze swoją ukochaną, ale samemu też było dobrze. Mógł się wyciszyć, pomyśleć i odpocząć od hałasów, chociaż nie mieszkał w ruchliwej stolicy, to i tak wiele się działo w mieście. Czasami wydawało mu się, że mógłby mieszkać gdzieś na odludziu, gdzie do najbliższego sąsiada miałby pięćdziesiąt kilometrów, a nie pięć metrów od domu. Zaraz potem jednak przypomniał sobie, że nie wytrzymałby zbyt długo bez cywilizacji. Dlatego ograniczał się jedynie do tych chwil na łonie natury późnymi wieczorami. Kiedy czasami był tutaj z Minho pozwalał sobie na wypicie piwa, albo dwóch, gdyż Choi wtedy go wyręczał w jeździe. Niestety brunet był typem kierowcy, czyli rzadko pijał, jeśli był autem. Co gorsza jako jeden z niewielu posiadał własne cztery kółka, chociaż nie powalały one nowością, to były tylko jego.

Zatopiony we własnych myślach został wyrwany przez krótkie szczeknięcie. Spojrzał zaskoczony pomiędzy swoimi nogami, gdzie na ziemi przed maską auta siedział sporej wielkości nieznanej mu rasy pies. Machał wesoło ogonem, z patykiem w pysku jakby oczekiwał, że mężczyzna rzuci go dla niego w las, skąd z resztą przyszedł kundel. Brunet zsunął się z maski, chcąc pogłaskać psa po łbie. Sam miał zwierzaka, więc podchodził do niego ostrożnie, gdyż nawet najbardziej łagodnie wyglądający pies może być agresywny. Mimo wszystko ten kundel miał jak najbardziej przyjacielskie zamiary, a kiedy brunet próbował wyrwać mu z pyska patyk, ten dla zabawy zaczął się z nim siłować. Ich walka gatunków nie trwała długo.

- Bling! – spomiędzy drzew wypadł zdyszany, chudy chłopak. Widząc psa pozwolił sobie na chwilę wytchnienia. Oparł dłonie na kolanach, spuszczając głowę. Nie miał najlepszej kondycji, nawet jako dzieciak. – Niedobry pies! – wydyszał z trudem w dłoni trzymając smycz. Dopiero po chwili zauważył bruneta, do którego pokierował przepraszający uśmiech. – Wybacz – skinął potulnie głową, zapinając smycz do obroży kundla.

- Nic się nie stało… - brunet zmarszczył brwi, wpatrując się w profil blondyna. – My się nie znamy? – dopytał dla pewności, bo twarz chłopaka wydawała mu się znajoma. Musiał go często mijać, bo jednak nie było to małe miasto, gdzie każdy każdego zna.

- Może – wzruszył ramionami, również przypatrując się rozmówcy. – Pewnie chodzimy do jednej szkoły? – odparł niezbyt przekonany, gdyż w mieście były cztery szkoły licealne. Ogólnie placówek edukacyjnych było dwanaście oraz jedne studia mieszczące w sobie ponad dwadzieścia kierunków.

- Pewnie tak. – przytaknął mu, wyciągając dłoń, która blondyn zbadał nieufnym wzrokiem. – Kim Jonghyun – przedstawił się oficjalnie. Może trwało to tylko kilka sekund, ale Jong zauważył wahanie drugiego chłopaka, kiedy chwytał jego dłoń.

- Kim Kibum – odparł i od razu zabrał po uściśnięciu rękę, maskując wszystko lekko krzywym uśmiechem. Już chciał odchodzić, lecz Jonghyunowi brakował jednak trochę towarzystwa tego dnia. Nawet jeśli miałby to być chłopak, którego jedynie kilka razy widział na szkolnym korytarzu.

- Ej, jeśli masz czas, może chciałbyś zostać chwilę? Zaproponowałbym piwo, ale nie wziąłem dzisiaj – Jong starał się zabłysnąć swoją charyzmą i elokwencją, która chyba przyniosła jakieś skutki, bo Kibum zatrzymał się w pół kroku, zaciskając mocniej dłonie na smyczy. Bling, jak nazwał psa, siedział u jego stóp nadal z patykiem w pysku.

- Chyba mogę sobie zrobić przerwę – pokiwał głową, opierając się o maskę na której ponownie siedział brunet. Jong pokiwał głową, zsuwając się, aby być na równi z blondynem, chociaż to raczej niewłaściwe słowo, gdyż Kibum był wyższy od niego o prawie pół głowy. Jonghyun wyrwał w końcu patyk psu, rzucając go najdalej jak umiał, aż ten zniknął pomiędzy gęstymi krzakami. – Um, on wróci, nie? – dopytał wskazując na miejsce, gdzie zniknął zwierzak. W końcu tak tutaj znalazł się Kibum. Pies uciekł mu ze smyczy. Blondyn machnął jedynie dłonią, opierając się o maskę, aby spojrzeń na niebo.

- Wróci, bo ma z kim się bawić – odparł, a nawet jakby tak nie było, to i tak zawsze wraca do domu. Pobiegł za nim tym razem, gdyż po prostu spanikował. Miał poszarpane nerwy dzisiejszego dnia, dlatego poczuł potrzebę, aby za nim pognać i zatrzymać chociaż jego przy sobie. Jak powiedział, tak też kundel wrócił po chwili z jeszcze większym patykiem do rzucania. Jong bawił się z nim, rozmawiając przy okazji z Kibumem o dość trywialnych rzeczach. Wydawało się, że blondyn nieco się odprężył, gdyż przestał być tak strachliwy, a jego komentarze stały się dość cięte, jednak Jong lubił takich ludzi. Szczerych z tym co leży im na sercu i mówiący to co ślina im na język przyniesie.

Jonghyun nie pamiętał właściwie o czym gadali, ale było przyjemnie. Klosz, który stworzyli by ich otaczał, zamykając przed wszystkim innym runął w momencie, kiedy w kieszeni Kibuma rozbrzmiał dzwonek. Niczym oparzony zerwał się na równe nogi. Niemal wyrwał telefon z kieszeni, omal nie niszcząc przy tym spodni. Zacisnął mocno wargi, łapiąc za smycz na masce. Zagwizdał na psa, który od dłuższego czasu leżał przy jednym z drzew zbyt zmęczony zabawą z Jongiem.

- Musze iść. Wybacz. Miło było – wyrzucał z siebie, nawet nie patrząc na bruneta. Nagle rozluźnienie opuściło jego ciało. Był napięty niczym struna, a jego głos stał się chłodny i odległy, tak samo jak spojrzenie. Jong w pierwszym odruchu złapał go za nadgarstek i to był błąd. Zdał sobie z tego sprawę, kiedy blondyn wyrwał się przerażony. Brunet uniósł dłonie w obronnym geście, chcąc mu w ten sposób przekazać, że nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia.

- Hej, przez najbliższy tydzień czy dwa będę tutaj pewnie sam. Jeśli miałbyś ochotę wpadnij, to pogadamy, tak jak dzisiaj. – wzruszył ramionami, chcąc mu przekazać, że to nic zobowiązującego. Kibum nie wydawał się przekonany do tego pomysłu, mimo to pokiwał głową. Jong opadł na maskę auta.

- Jong… - brunet podniósł głowę patrząc pytająco na blondyna – Nie mów nikomu, o naszym spotkaniu. Proszę. – Kibum spojrzał na niego dziwnie smutnym wzrokiem i mężczyzna nie mógł mu nie przytaknąć oraz obiecać, że zachowa to dla siebie. Kiedy odszedł, Jonghyun zaczął zastanawiać się, czemu miałby to być sekret. Czyżby nie powinno go tutaj być? Oczywiście nic odpowiedniego, albo chociaż bliskiego prawdy nie przyszło na myśl brunetowi. Posiedział jeszcze chwilę, lecz cisza stała się nagle nieznośnie uciążliwa.

***

Kibum odpiął smycz, kiedy znaleźli się na działce niewielkiego, dwupiętrowego domu. Jednego jakich wielu na tej ulicy. Z ogródkiem, płotem, grillem nieużywanym od śmierci jego matki, na którym osiadła cienka warstwa kurzu. Podobnie jak na wielu rzeczach w domu. Kiedy wszedł przez czerwone drzwi, poczuł ciarki na plecach. Nienawidził tego miejsca. Od pogrzebu wydawało mu się smutne, ciemne i przygnębiające. W salonie palił się telewizor. Sprzed schodów widział ojca na fotelu, zapewne z puszką piwa w dłoni.

Wszedł na górę, starając się nie narobić hałasu. Drzwi od sypialni jego brata były delikatnie uchylone. Wsunął głowę do środka, zastając dzieciaka śpiącego w pościeli ze spider-manem. Zawsze miał twardy sen, chociaż wstawał bardzo wcześnie. Z czasem mu się to zapewne zmieni i wstawanie stanie się dla niego najtrudniejszą czynnością dnia. Kibum spiął się, słysząc, że schody za nim skrzypią pod ciężarem ciała jego ojca. Zamknął cicho drzwi od pokoju brata, w momencie, kiedy na jego biodrze pojawiła się duża, chropowata dłoń.

Wszystko dla ciebie, pomyślał blondyn zerkając na drzwi od pokoju Yoogeuna. 
__________________________________________________________________________________________________________________

Ej, spójrzcie z czym w końcu ruszyłam! Nie jestem co prawda zadowolona, lecz wydaje mi się, że w końcu wiem jak poprowadzić to opowiadanie. Liczę, że się spodoba. Rozdziały nie będą raczej długie i nie będzie ich wiele, lecz czas pokaże ile się naprodukuje.  
Potrzebuję również małej odskoczni od Unnatural, więc rozdziały pewnie będą się pojawiać naprzemiennie.