niedziela, 24 maja 2015

[4] Unnatural

Pierwsze karty odkryte

Już dawno temu odkryłem, że Kibum nie jest zbyt skory do wstawania rano, więc zwykle próby obudzenia go kończyły się kopniakiem z brzuch lub uderzeniem w twarz. Może to się wydawać niegroźne, lecz w tych wątłych ramionach jest sporo siły. Co prawda uroczym było, kiedy po wszystkim Kibum prosił mnie o wybaczenie z niezwykle słodkim wyrazem twarzy. Czy jednak było warto zostać dla tego skopanym? Trudny wybór, naprawdę trudny.

- Kibum! – wszedłem do sypialnie, stojąc metr przed materacem chłopaka. Była dziewiąta rano, ale nie mogłem mu pozwolić dłużej pospać. Dzisiaj była moja kolej na robienie zakupów i chciałem zabrać ze sobą Kibuma. Pamiętaj jego błysk w oku, kiedy mu to zaproponowałem. Chciałem znowu to zobaczyć, gdyż rzadko jego uśmiech sięgał oczu. Nie wiedziałem co on przeżył nim nasze drogi się skrzyżowały, ale nie było to nic dobrego. Mimo to nie chciałem na niego naciskać, by mi się wypłakał na ramieniu. – Wstawaj – podszedłem bliżej, odkładając kubek z kawą na bok. Delikatnie potrząsnąłem jego ramieniem, w ostatnim momencie broniąc się przed uderzeniem. Nauczyłem się już z której strony nadchodzi atak. Czasami się mylę, ale ten dzień miał się zacząć spokojnie jak widać.

- Jong… - burknął chłopak, leniwie otwierając oczy. Czekałem jedynie chwilę, nim się ożywił. – Jong! – krzyknął, wstając z łóżka. Starał się ukryć uśmiech, a ja nadal trzymałem go za nadgarstek. Pociągnąłem go w dół sadzając ponownie na materacu.

- Spokojnie – upomniałem go starając się brzmieć poważnie, ale czułem, że na me usta wkrada się mimowolny uśmiech. Och, co ten chłopak miał w sobie takiego, że nie mogłem przestać na niego patrzeć? Może nieciekawą przeszłość lub śliczną twarz? Jong, weź się w garść. Przecież każdy uroczy chłopak nie musi być zaraz gejem, prawda? To nie żadne gejowska powieść, a ja nie jestem głównym bohaterem w mieście pełnym gejów. Nawet Minho tak naprawdę nie jest gejem. Inni faceci, poza Taeminem, go nie pociągają. Ja sam nie umiem zdefiniować swojej seksualności. Wiem, że istnieje wiele pojęć w obecnych czasach, ale ja nigdy nie zwracałem na nie większego uwagi. Po prostu nie liczy się dla mnie płeć, a to co inni sobą reprezentują. Ich charakter, sposób życia. No i wygląd, bo nie oszukujmy się, ale każdy z nas jest wzrokowcem. Ja nie jestem żadnym wyjątkiem i po prostu podziwiam urodę Kibuma, to jakby się rumienił z zażenowania, gdybym go pocałował, albo jakby smakowały jego usta, czy byłyby miękkie i ciepła. Jednak lepiej nie zagłębiać się w to zbyt daleko, bo jeszcze chwila, a ujawnię te skrawki swojej wyobraźni, w której tule go nad ranem i wciskam w materac nocami, robiąc wiadomo co. – Mamy jeszcze trochę czasu, ale leć się wykąpać i zjedz coś. Nie lubię tłumów. – Poinstruowałem go, tracąc z nim w końcu kontakt fizyczny, biorąc swoją kawę z powrotem do ręki.

Po blisko pół godzinie wyszliśmy na ulicę miasta. Nie było ono wielkie, nie dorównywało dawnym metropolią. Całość miała blisko 30km kwadratowych powierzchni, otoczona z czterech stron lasami. Po wybuchu, roślinność rozrosła się w zastraszającym tempie. Jednak to dobrze, bo ludzie będą mieli nowe tereny do niszczenia, prawda? Najwyższy budynek, poza wieżą kościoła, miał pięć pięter. Poza tym mieli kino, szkołę oraz dwa centra handlowe. Jedno typowo młodzieżowe z ubraniami, sklepem elektronicznym itd., natomiast drugi był typowo handlowy, gdzie sprzedawano mięsa, warzywa i artykuły spożywcze. My oczywiści kierowaliśmy się do tego drugiego, gdyż ubrania Taemina zaskakująco dobrze pasowały na Kibuma, więc nie zawracałem sobie póki co głowy jego garderobą.

- Wyglądaj na mniej podekscytowanego – zaśmiałem się serdecznie, kładąc dłoń na jego ramieniu, by wyszeptać mu to do ucha. Czułem jak tężeję pod moim dotykiem, lecz postęp był taki, że już nie uciekał. Jednak nadal się przede mną nie otworzył, a naprawdę pragnąłem mu pomóc, okazywałem dobre serce, co nie tak często mi się zdarza jakby się mogło wydawać.

- Wybacz – burknął pod nosem próbując pohamować uśmiech i muszę przyznać, że opanował do perfekcji przywdziewanie maski, mimo to jego oczy wciąż lśniły, rozglądając się dookoła pochłaniając otaczający go świat.

Skończyliśmy zakupy prawie dwie godziny później. Sam wyrobiłbym się o wiele szybciej, jednak nie potrafiłem go poganiać, kiedy brał niemal wszystko do ręki przyglądając się temu. To było rozkoszne, jednak do uczucie było również niebezpieczne. Czułem, że się w nim zadurzam a to nie było dobre. Sam o tym doskonale wiedziałem bez znaczących spojrzeń Minho. Bo co ja wiedziałem o tym chłopaku? Pojawił się pewnej nocy przed moim autem, a ja zabrałem go niczym bezpańskiego psa i dałem dach, nie pytając go o nic. Zauroczenie się w nim byłoby głupotą, gdyż nauczyłem się, że nawet najbliższa ci osoba, może w końcu się od ciebie odwrócić.

- Jonghyun… - Kibum zatrzymał mnie przed wejściem do budynku w uliczce. Z lekkim wahaniem ułożył dłoń na moim ramieniu, a mnie przeszły cholerne dreszcze. Uch, naprawdę jestem przypadkiem beznadziejnym. Spojrzałem na niego pytająco, mając nadzieję, że nie wyglądam żałośnie, wpatrując się w niego niczym w Mona Lisę. Och, kiedyś byłem fanem sztuki, to taki mój sekret, ale jestem kiepskim artystą. Zbyt mało we mnie kreatywności. Przynajmniej w tym jednym kierunku. – Dziękuję za to co dla mnie robisz – Kibum uśmiechnął się do mnie i aż serce mi stanęło. Nie był to najszerszy uśmiech jaki u niego widziałem w ciągu tych dwóch tygodni, gdyż jedynie delikatnie uniósł wargi, lecz pierwszy raz jego oczy uśmiechały się wraz z nim tak szczerze. I musiałem zwalczyć w sobie ochotę, aby go pocałować i przycisnąć do ściany. Skinąłem jedynie głową, otwierając przed nim drzwi. Szliśmy w ciszy, lecz dla mnie był to ten rodzaj, który nie jest ani trochę krępujący. Patrząc jak idzie przede mną, delikatnie się garbiąc zachodziłem w głowę jaki też ciężar spoczywa na tych barkach.

***

Siedziałem w sypialni przeglądając wiadomości w telefonie, podczas gdy ciepłe, duże dłonie Minho delikatnie gładziły moje skrzydła. Chociaż niechętnie, pozwalałem mu się do siebie zbliżyć podczas czyszczenia tych cholerstw wystających w moich pleców. Na szczęście, pan Dupek więcej nie próbował niczego w stosunku do mnie. Cieszyło mnie to, jednak gdzieś na sercu coś mi ciążyło. Brakowało mi go, lecz nie pozwalałem sobie na okazanie tego, wiedząc, że ten od razu wykorzysta sytuację. Uniosłem głowę ponad telefon wpatrując się za okno. Było już późno, słońce zaczynało zachodzić za horyzontem drzew. Zapowiadało się na deszcz, oceniając po wyglądzie chmur. Nienawidziłem deszczu, gdyż wprowadzał mnie w stan melancholii.

- Minho, dlaczego odszedłeś? – zapytałem, nadal wpatrując się w niewielkie okno w pokoju, po którym zaczęły spływać pierwsze krople. Czułem jak Choi sztywnie za mną i bynajmniej nie w ten zbereźny sposób.

- Nie mogę ci o tym powiedzieć – mimowolnie wywróciłem oczami, chociaż ten tego nie widział, znał mnie na tyle, iż pewnie wiedział jak zareaguje. Spodziewał się pewnie również nadchodzącej irytacji, która się we mnie wspierała z każdą kolejną sekundą moich przemyśleń.

- Och, tak. Wielkie sekrety przed osobą, którą podajże kochałeś – pozwoliłem swoim skrzydłom zatrzepotać delikatnie, nim ponownie wsunąłem je pod skórę pleców z cichym sykiem. Miałem je od lat, lecz ból zawsze był taki sam. Może nawet zwiększał się, kiedy rosłem a one wraz ze mną. 

- Nadal kocham – poprawił mnie, a ja mu wierzyłem, lecz co to zmieniało? Tylko tyle, że bardziej bolało. Spojrzałem na niego przez ramię, starając się, aby mój wzrok strzelał błyskawicami. Ach, to dopiero byłaby kiepska moc. Wiedział, że ja też kochałem, że kocham nadal. Boże, czemu miłość musi być taka głupia, a duma jej nie ustępuje w absurdzie.

- To obecnie nieważne – w końcu byłem w stanie to z siebie wydusić.

- A kiedyś znowu stanie się ważne? – dopytał z tą nadzieją w głosie i cholernymi smutnymi oczami.

- Nadzieja umiera podobno ostatnia – wykosztowałem się nawet na nikły uśmiech, wstając z materaca, aby pójść do kuchni. Ciepła herbata z mlekiem idealnie będzie pasowała do mojego kiepskiego stanu. Do tego Jong od rana znowu latał za Kibumem niczym wierny kundel. Czemu to powiedziałem Minho? Może, kiedyś mu wybaczę, a jeśli go naprawdę znienawidzę, wtedy będę mógł zadać mu ostateczny cios. Pewnie zachowałem się niczym dupek, ale to on pierwszy mnie zostawił na wiele miesięcy, pozwalając bym wierzył, że jest martwy.

Idąc do kuchni zastałem Kibuma, który uciął sobie pogawędkę z Luhanem oraz Kyungsoo. Nie rozumiałem tego, jak mogą być w stosunku do niego tacy ufni. Czy tylko ja i Minho widzieliśmy w nim potencjalne zagrożenie? Czasami wydawało mi się, że niektórzy mutanci nie stają sobie sprawy z zagrożenia otaczającego nas świata.

***

W końcu nadszedł wieczór i mogłem ułożyć się do snu. Niby niewiele dzisiaj robiłem, poza zakupami i okazjonalnym sprzątaniem, ale byłem dziwnie zmęczony. Lenistwo też może wykończyć człowieka. Uniosłem się z materaca, patrząc na ten po przeciwnej stronie przy oknie. Kibum nadal był w łazience. Na samą myśl tego drobnego ciała pod prysznicem, aż poczułem ucisk w podbrzuszu. Muszę szybko odgonić te myśli. Cieszyłem się, że Kibum nie potrafi czytać w myślach, inaczej bym jeszcze bardziej się upokorzył. Przymknąłem oczy w nadziej na sen. Zaczynałem powoli wpadać do krainy Morfeusza, kiedy zaskrzypiały drzwi. Rozpoznałem Kibuma po samych krokach, lecz zrobił ich zdecydowanie zbyt mało, by znaleźć się przy własnym materacu.

- Jong, śpisz? – zapytał mnie cichym, nieco ochrypłym głosem, który znajdował się niemal przy moim uchu, aż serce mi podskoczyło na myśl jak blisko mnie jest. Uchyliłem powieki, natrafiając na jego ciemne, błyszczące oczy wpatrzone we mnie uważnie w mroku.

- Co jest? – uniosłem się na łokciach, zauważając, że Kibum siedzi na podłodze, opierając się o moje łóżko ramieniem.

- Czy… czy kiedyś kogoś zabiłeś? – zapytał mnie z lekkim drżeniem w głosie. Przełknąłem z trudem gule, która powstała w moim gardle. Szykowało się na poważną rozmowę jak widać, czekałem na nią ale nie spodziewałem się, że zacznie się w ten sposób. Przymknąłem na chwilę oczy, a w mojej głowie od razu pojawiły się wszelkie trupy z mojej przeszłości.

- Niestety tak. – odparłem zgodnie z prawdą, siadając na materacu, przesuwając się w stronę ściany. Chciałem zrobić dla Kibuma miejsce przy mnie. Poklepałem materac, czekając aż on z wahaniem wstaniem z ziemi i usiądzie w odpowiedniej dla niego odległości.

- Czy ktoś cię zmusił do tego? – zadał kolejne pytanie, po którym aż przeszedł mnie dreszcz. Czyżby to był ciężar, który nosi na barkach?

- Kibum, czy ktoś ci kazał zabijać? – zapytałem go i pewnie było słychać jaki jestem zaniepokojony tym. Zabić, aby samemu przeżyć – z tym można jakoś żyć. Jednak, kiedy ktoś ci rozkazuje, wtedy zaczynasz czuć do siebie wstręt i trudno jest sobie z tym poradzić, gdyż jesteś zwykłą marionetkę. Chciałem go teraz przytulić lub chociaż dotknąć ramienia, aby przekazać mu, iż jestem przy nim. Niestety pewnie tylko by ode mnie uciekł. Nastała długa chwila ciszy. Czyli nie odpowie mi na to pytanie? Dobrze, niech będzie tak jak on chce. – Nie, nigdy nikt mnie nie zmusił. Robiłem to, aby samemu przeżyć i obronić najbliższych mi ludzi. – pewnie brzmiałem strasznie melancholijnie. Znowu zapadła niezwykle ciężka i niekomfortowa cisza. – Nawet jeśli ktoś komuś karze zabijać, nie należy winić tego, kto wykonuje rozkaz, jeśli nie czerpie z tego przyjemności. To nie on jest tym złym, tylko ten, który pociąga za sznurki. – spojrzałem na niego licząc, że moje słowa jakoś mu pomogą. Boże, spójrz na niego. Jest taki delikatny, z kolanami podciągniętymi pod brodę, odejmujący się ramionami w obronie przed otaczającym go światem. Po prostu nie mogłem powstrzymać się przed położeniem mu dłoni na karku w geście współczucia. Chciałem mu przekazać, że jestem przy nim i jestem gotowy być dla niego wsparciem.

- Tak, masz pewnie rację – Kibum przytaknął niemrawo. Chwilę pozwoliłem sobie na kontakt fizyczny z nim, aż w końcu zaczęło się robić niezręcznie. Mega niezręcznie było, kiedy spojrzeliśmy na siebie. On ma coś takiego w oczach. Jest to coś niepokojącego, ale również przyciągającego.

***

Spójrz no na niego. Taki wpatrzony w ciebie. Uważa cię za delikatnego i bezbronnego. Jestem pełen podziwu, Kibum

Głos niewątpliwie kpił sobie ze mnie, ale było w nim słyszeć dumę. Myśli, że próbuje owinąć sobie Jonghyuna wokół palca? Może trochę tak było, ale naprawdę zaczynałem mu ufać, chociaż miałbym tego żałować. Chciałem spróbować zbliżyć się do kogoś innego, bo inaczej w końcu oszaleje.

- Nawet jeśli ktoś komuś karze zabijać, nie należy winić tego, kto wykonuje rozkaz, jeśli nie czerpie z tego przyjemności. To nie on jest tym złym, tylko ten, który pociąga za sznurki. – Jong próbował mnie pocieszyć, doceniam to. Było trochę dziwnie, kiedy położył mi dłoń na karku, lecz ciepło, którego od niego emanowało miało w sobie coś uspokajającego.

Och, czyli ja jestem tym złym? Zabawne, mogę mu pokazać jak zły potrafię być…

O boże, niech on się zamknie. Czemu TO nie ma jakiegoś wyłącznika? Czasami jest pomocny, jednak w większości wypadków to po prostu dupek.

- Tak, masz pewnie rację – przytaknąłem mu, aby przerwać ciszę. Uniosłem również na niego wzrok po raz pierwszy od początku rozmowy. Nawet w mroku doskonale widziałem jego błyszczące, wielkie oczy. Nie wiedziałem co teraz ze sobą zrobić. Odsunąć się, przysunąć? Kiedy zabrał dłoń z mojego karku, w pierwszym odruchu złapałem ją. Brawo, Kibum. Co teraz z nią zrobię? Widziałem podobne sceny w telewizji. Ścisnąłem ją, powoli splatając palce. Dotykać kogoś tak otwarcie z czystymi zamiarami było dziwne.

Bo zaraz zwymiotuje.

Nie tylko ty, kolego. Uwierz mi, nie tylko ty. Tylko, że ja zacząłem panikować, podczas gdy Jong przyglądał mi się zaskoczony. Och, czy robiłem coś źle? Szybko zabrałem dłoń, wstając z materaca.

- Wybacz… j-ja już pójdę – ciężko mi było coś z siebie wydusić, a kiedy się udało, zacząłem się jąkać. Po prostu cudownie, nie ma to jak jeszcze bardziej się upokorzyć.

- Kibum – zatrzymałem się słysząc swoje imię w jego ustach. – Jeśli chcesz jeszcze o czymś porozmawiać, jestem tutaj zawsze dla ciebie – chyba serce przestało mi bić, a potem przyśpieszyło w zawrotnym tempie. Pokiwałem jedynie głową, ukrywając się pod pościelą swojego łóżka. Przysięgam, że czułem jeszcze przez chwilę na sobie wzrok Jonghyuna.

Och, tylko nie to. Nie mów mi, że robisz się miękki i uczuciowy.

Może i robiłem, lecz nadal twardo chodziłem po ziemi. Cokolwiek zaczynam czuć do Jonga, jakieś głupie przywiązanie czy coś w tym stylu, nie zmieniało to niczego we mnie.

***

Potrzebowałem cichy i spokoju, a przede wszystkim samotności. Nadal w pamięci miałem rozmowę z Kibumem sprzed dwóch dni. Próbowałem doszukiwać się drugiego dna każdego słowa oraz ruchu.

- Weź się w garść – rozkazałem sam sobie, poprawiając się na krześle kawiarni w której się znajdowałem. Od rana nie było tutaj prawie nikogo. Ludzie wchodzili jedynie po kawę na wynos i śpieszyli się do pracy. Moja na szczęście polegała na siedzeniu przed laptopem, dlatego nie musiałem pędzić ile siły do biura jak każdy inny. Mogłem co prawda pracować w mieszkaniu, ale ostatnio nie potrafiłem skupić się w znajomych czterech ścianach. Czy to z powodu pół rocznego wyjazdu, albo Kibuma? Pewnie jedno i drugie. Jakby tego było mało, przed drzwi kawiarni właśnie wszedł Minho. Wyglądał niczym wściekły buk i burza gradowa w jednym. Po prostu świetny początek dnia. W dłoni trzymał tablet, który położył przede mną, niemal nim we mnie rzucając, samemu zajmując miejsce naprzeciwko. Skrzyżował ramiona, gestem głowy wskazując na trzymany przeze mnie obiekt. Odblokowałem urządzenie i aż mi zaschło w gardle.

Przed sobą miałam zdjęcie Kibuma. Miał krótsze włosy i poważny wyraz twarzy. Jego oczy były zmęczone życiem. Niemniej fotografia nie miała więcej niż pół roku. Jednak nie o zdjęcie tutaj chodziło, ale o to co było z boku. Numer identyfikacyjny mutanta oraz…

- Kurwa… - wyrwało mi się. Choi zacisnął usta w wąską linię. Ranga SS. Ranga wyznaczyła priorytet dla agentów rządowych, policji oraz żołnierzy, jeśli chodzi o sprawy i kolejność ich wykonywania. Mutanci na wolności mieli raptem Rangę D, rebelianci mieli Rangę A. Uprowadzenie głowy państwa czy innej ważnej osobistości oraz wszelkie wojny miały Rangę S. Nigdy nie widziałem Rangi SS. Boże, kim ty jesteś Kibum?

- Nie możemy mu pozwolić z nami zostać – Minho pochylił się nad stołem w moim kierunku, zniżając głos do szeptu, lecz nadal pobrzmiewała w nim stanowczość i siła. – Na każdej rządowej stronie jest informacja o pojmaniu go żywym. Jong, żaden z nas nigdy nie miał tak wysokiej Rangi. – próbował mi przemówić do rozsądku, ale teraz tym bardziej nie wypuszczę Kibuma. Jeśli oni tak bardzo pragną go z powrotem, nie możemy im go oddać.

- Nie, Minho – warknąłem na niego, rozglądając się ukradkiem po kawiarni, lecz nikt nie zwracał na szczęście na nas uwagi. – Oni go wykorzystają do czegoś okropnego i ty o tym wiesz. Dlatego nie możemy pozwolić, aby znowu wpadł w ich ręce. Czy nie tym właśnie się zajmujemy? Pomagamy takim jak on – tym razem to ja próbowałem przemówić do rozsądku przyjaciela, wiedząc, że kieruje nim niechęć do Kibuma oraz strach. Też się zaczynałem bać, gdyż każdy policjant, szpieg czy nawet ochroniarz wiedzieli kogo muszą szukać wśród tłumu. Niepozornego chłopaka o azjatyckich korzeniach i charakterystycznym wyglądzie. Chyba w drodze do domu kupię jakąś farbę do włosów, aby Kibum chociaż trochę mniej przypominał siebie ze zdjęcia.

- Sprowadzi na nas kłopoty – powielał ten sam argument, który słyszałem od dwóch tygodni. I co, miałem teraz mu przyznać rację? Może i tak będzie, ale naszym obowiązkiem jest go chronić. I nagle wróciła do mnie rozmowa z Kibumem sprzed dwóch dni. Czyżby był ich żywą bronią? Tylko przeciw komu? Oznaczało to również, że najpewniej kłamał w sprawie swoich umiejętności. Rządowi nie byliby zainteresowani zwykłą telekinezą, do tego taką, której ten podobno nie potrafi kontrolować.

- Jakbyśmy sami ich na siebie nie sprowadzali… - burknąłem pod nosem, zamykając stronę na którą wpatrywałem się od kilku dobrych minut z wszelkimi danymi, lecz nie było nic o tym, czemu go tak pragną z powrotem. – Proszę, zaufaj mi. Często podejmuje decyzję, z którymi się nie zgadzasz, ale zawsze wychodzimy z tego z obronną ręką, prawda? Tym razem będzie tak samo. – oddałem mu tablet z delikatnym, przepraszającym uśmiechem. Czułem się trochę winny, bo znowu sprowadzam na nas kłopoty. Tak samo to ja wciągnąłem w to wszystko Minho, przez co ten teraz ma chociażby problemy z Taeminem. Niemniej to nie ja kazałem mu ukrywać wszystko przed tym dzieciakiem. To Choi uparł się, że chce trzymać go od tego z dala, dla jego własnego bezpieczeństwa. – Obiecuję, że jakoś to rozwiążę. – nie wiedziałem jak niby mógłbym to naprawić. Jednak czuję, że nie mogą dłużej pozwalać Kibumowi unikać tematu jego przeszłości.